Rysunków satyrycznych Andrzeja Mleczki trudno jest
nie kojarzyć. Każdy z nas, nawet jeśli nie połączył ich z jego nazwiskiem, na
pewno widział którąś z prac autora – choćby w telewizyjnych reklamach, czy na
produktach. Jego grafiki widniały na kubkach „Gorącego Kubka”, zapalniczkach
czy piwie. I chociaż może nie wszyscy łączymy nazwisko Mleczki z erotyką, to właśnie
ta dziedzina naszego życia jakże często leżała w sferze jego prześmiewczych
zainteresowań i właśnie na tym – co zresztą dosadnie mówi już sam tytuł –
skupia się także „Kamasutra dla zaawansowanych”. Niestety w nie do końca
przekonujący sposób.
Ludzka seksualność. Popęd towarzyszy nam od samego
początku naszego istnienia, z upływem lat nabierając innych kształtów i miejsca
zarówno w kulturze, jak i samym życiu, ale zawsze zachowując bardzo pierwotne
korzenie. Prokreacja i przyjemność. A może prokreacja kontra przyjemność? A
skoro tak to i oczywiście seks kontra czystość. Rozkosze cielesne kontra wiara,
kontra religia, kontra postrzeganie społeczne, kontra kultura, kontra świat. Bo
seks zawsze obwarowany jest jakimiś ograniczeniami. Z tego tak poważnie
brzmiąco wszystkiego Mleczko się naśmiewa. I to przez blisko sto pięćdziesiąt
stron, zarówno w formie dobrze znanych krótkich, bo zamkniętych w jednym kadrze
żartów rysunkowych, jak i bardziej rozbudowanych pasków i shortów komiksowych.
Nie zawsze jednak udanie. Oczywiście są w
„Kamasutrze...” momenty absolutnie genialne, do tych zalicza się kilka mocno
związanych z polityką i sytuacją w kraju humoresek, nie mniej są także takie,
które nijak nie śmieszą, bądź ich dowcip jest tak niskich lotów, że wydaje się
nie przystawać do artysty pokroju Mleczki. Artysty odznaczonego Srebrnym
Medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Chociaż z drugiej strony może to
raczej ja miałem za duże oczekiwania znając jego nieerotyczną część twórczości
i licząc na humor – nawet jeśli miałby być sprośny – z wyższej półki. Niestety
Mleczko sam znalazł się w pułapce tego, z czego żartuje.
Poza tym zabrakło nieco delikatności. I nie chodzi
o ciętość satyry, bo tę akurat nie tylko toleruję, ale wręcz uwielbiam, a
czasem przesadne ujęcie tematu. Zresztą w tych cięższych – że tak je nazwę –
dowcipach właśnie brak jest satyry. Co w nich zostaje? Humor dla dorosłych,
który jednak nie dorosłym przypadnie do gustu, a napalonym nastolatkom,
lubującym się w erotycznych żartach pełnych wielkich penisów i nagich kobiet.
Oczywiście, na szczęście, większość zamieszczonych
tutaj scenek jest jak najbardziej udana, a ich pointy autentycznie śmieszą.
Autor prowadzi nas przez sześć rozdziałów (od „Gry wstępnej” przez „Kamasutrę”,
„Opowiadania o miłości” i „Plansze poglądowe” po „Sex Full Color” oraz „Dodatek
nadzwyczajny”) komentując to, co dzieje się zarówno w sypialniach oraz
małżeństwie, jak i na świecie. Królują prace czarnobiałe, nie zabrakło jednak
tych kolorowych, a także ujętych w komiksowe ramy. Poza tym znakomicie wypada
prosta, ale skuteczna strona graficzna, która niejednokrotnie śmieszy bardziej,
niż pointa. Do tego dochodzi bardzo dobre wydanie (papier kredowy, twarda
oprawa), dwujęzyczne na dodatek – na upartego można więc potraktować je jako
szansę nauczenia paru słów po angielsku (szczególnie przez młodzież, która
najchętniej chyba sięgnie po niniejszą publikację).
W skrócie: jeżeli czujecie, że „Kamasutra...”
trafia w Wasz gust, sięgnijcie, nie zawiedziecie się. Ale jeśli szukacie
ostrej, zaangażowanej satyry z wyższej półki, raczej nie będziecie szczególnie
zachwyceni. Choć kto wie, humor przydaje się jesienną porą, nawet jeśli czasem
zażenuje.

Komentarze
Prześlij komentarz