Punisher: Punisher uderza dwa razy / Krąg krwi – Gerry Conway, Steven Grant, Ross Andru, Mike Zeck, Mike Vosburg


CRY FOR BLOOD

 

Punisher wraca do Marvela po długiej przerwie. Więc i ja wracam, do klasyki. I wiem, wiem, ten tom jakby nieco się zdezaktualizował, bo mamy przecież różne jego wydania, lepsze od tego, a to od Egmontu na dodatek dawało nam jeszcze całą masę innych historii z Punim, ale mam do niego pewien rodzaj sentymentu. Bo czekałem na tą historię po polsku, bo tu też jest coś, czego nie miały żadne inne wydania – debiut Czachy w „Amazing Spider-Manie”, który jednocześnie jest debiutem Jackala. No i bo dla mnie osobiście to jeden z lepszych, a na pewno bardziej trafionych tomów „SBM”. Bo z „SBM” już tak bywało, że dobór historii bywał niekiedy, co tu dużo mówić, strzałem w kolano. Ani najlepsze, ani reprezentacyjne dla danej postaci (choćby w tomach „FF” czy „Hulk” można było wybrać wiele lepszych, bardziej trafionych opowieści), ani nawet najsłynniejsze. A tu proszę, mamy pierwszą miniserię z Punisherem, rzecz kultową, trafioną, kompletną, docenioną („Wizard” zamieścił ją na swojej liście 100 najlepszych powieści graficznych w historii). I wiadomo, to nie ten poziom, co Pomściciel Ennisa czy nawet Aarona, ale naprawdę daje radę.

 

Historie, jak to zazwyczaj w „SBM” bywa, są dwie. Zaczyna się od tego, jak wmanewrowany przez Jackala do pozbycia się Spider-Mana, Punisher staje do walki z Pajęczakiem. W „Kręgu krwi” zaś Frank trafia do więzienia. Złapali go, a może dał się złapać? Gdy zaczyna wymykać się z celi, jasnym staje się, że to nie on został zamknięty z innymi, a bandyci zamknięci zostali z nim. Czy mimo to ma jakąkolwiek szansę?

 

Jeśli spojrzycie na daty, to zobaczycie, że Punisher debiutował w roku 1974, a dopiero w roku 1985 dostał własną miniserię. Długo? Być może, ale pamiętajmy, że Marvel nie był szczególnie chętny w tamtych czasach do serwowania nam opowieści o takim antyherosie. To były czasy, kiedy komiksy kojarzyły się głownie z dziecięcym targetem, a cenzura miała się dobrze. Puni zaś miał z nią od początku na pieńku. Nic więc dziwnego, że w świecie, w którym opowieści obrazkowe posądzono o wywieranie złego wpływu na umysły dziecięcych odbiorów, bohater, który masowo zabija innych – nieważne, że tych złych – nie był zbyt mile widziany. A jednak się udało, jednak to wszystko wyszło, prowadząc do wielu coraz mocniejszych, coraz lepszych i bardziej przełomowych opowieści. Aż wszystko zatoczyło koło umarło kilka lat temu z powodu kontrowersji właśnie – ot choćby policjantów przyozdabiających się czaszkami Puniego, tak, takich prawdziwych, amerykańskich gliniarzy. Na chwilę próbowano jeszcze z nowym Punisherem, ale nie wyszło.

 


No ale ja o „Kręgu krwi”, miałem, o tej klasyce, którą poznać powinien każdy. Zachwycano się nią w „Wizardzie”, rozpisywano (o ile w tak krótkiej notce można się rozpisywać) o aspekcie psychologicznym (komiksowych dywagacjach ile przemocy i rozlewu krwi może znieść jeden człowiek) i w ogóle. Czy tak jest? Nie do końca, całość jest udana, świetnie napisana przez Stevena Granta, który zadaje interesujące pytania o całe to zabijanie, ale jednak nie jest to jakiś szczyt pogłębionego rysu psychologicznego. Fajne są tu zmagania Franka, fajna jest też akcja z więzieniem, klasyczna, ale dobrze poprowadzona (ten motyw scenarzysta chyba polubił, bo potem odtworzył go w swoim „Batman: Przestępcy”, też zresztą zilustrowanym, jak ten album, przez Zecka) i intrygująca. Ot komiks akcji, na akcję stawiający, ale żyjący nie tylko nią. I to się ceni.

 


Do tego rzecz jest znakomicie zilustrowana. Mike Zeck, autor niezapomnianych ilustracji do „Ostatnich łowów Kravena” idzie tu bardziej klasyczną drogą, nie tak klimatyczną, jak tam, ani też nie z takim uproszczeniem, jak w „Przestępcach”, ale mamy tu klasyczną, oldschoolowy robotę, gdzie detal, fajne ujęcia i ten design Puniego z upiornym spojrzeniem robią robotę. I chociaż całość to żądne arcydzieło, a ja nadal wolę „Punishery” Ennisa i Aarona (ale nie te nowe…), „Krąg krwi” pozostanie dla mnie albumem ważnym, istotnym, ale i bardzo udanym. A na dodatek, dla odmiany, wcale nie tak złym od strony przekładu czy redakcji, jak większość „SBM”. Więc jeśli szukacie jakiegoś klasycznego komiksu z Punim, takiego, który nie będzie kosztował nie wiadomo ile – bo z drugiej ręki można kupić go za grosze właściwie – i dobrze uchwyci specyfikę serii i tamtych lat, bierzcie śmiało. Do tego czeka tu na was trochę dodatków, jak historia losów Franka i samej serii.

Komentarze