Złoto Wrocławia – Jolanta Maria Kaleta

ZŁOTA PRZESZŁOŚĆ

 

Czytając tę książkę dłuższą chwilę zajęło mi, że by zorientować się, że skądś to wszystko znam. Że już czytałem. Ale czytałem, wiele lat temu, kiedy rzecz wyszła jeszcze nakładem wydawnictwa Psychoskok, dobre dziesięć lat temu, więc zdążyłem zapomnieć, nie dziwcie się, wiek już nie ten – mam tyle lat, że pamiętam, jak walkman był supergadżetem, filmy oglądało się na kasetach VHS wypożyczanych w fizycznych wypożyczalniach, a komiksy można było kupować w zeszytowych wydaniach w każdym kiosku (tak, kiosków było wtedy mnóstwo w każdym mieście). Ale to dobrze, bo dzięki temu mogłem na nowo cieszyć się „Złotem Wrocławia”. A akurat fajna to książka, może niekoniecznie w stylu typowych dla mnie lektur, ale sympatyczna i dająca sporo frajdy. Więc nie żałuję. I w sumie cieszę się, że rzecz wróciła na księgarskie półki.

 

Opowieść zaczyna się zimą 1945 roku. wojna zbliża się do końca, a Niemcy przegrywają i pospiesznie opuszczają tereny dotąd okupowane. Przez ostatnie lata zgromadzili jednak całe mnóstwo dóbr, skarbów, kosztowności, a tych nie chcą porzucać. Wierzą, że kiedyś jeszcze tu wrócą, że wszystko się zmieni na lepsze – przynajmniej dla nich – a oni odzyskają to, co zdążyli już uznać za swoje. Mylą się. Ich plan jednak częściowo udaje się zrealizować – siedem ton złota w skrzyniach zostaje wywieziona i ukryta. Nikt jednak nie jest w stanie ich odzyskać.

A wszystko się zmienia. Mija czas, wróg zostaje wyparty z polskiej ziemi, na ziemie odzyskane trafiają przesiedleńcy, a legendy o skarbie krążą i rozpalają umysły kolejnych osób. Czy jednak komuś uda się odnaleźć złoto?

 

Co tu dużo mówić, Wrocław i tereny Dolnego Śląska to miejsca, które, szczególnie w kontekście historii drugiej wojny światowej, a raczej okresu tuż po niej, to fabularne czyste złoto. Już sama Trzecia Rzesza i jej sekrety to literacki samograj: wojna, okrutne eksperymenty, mistyczne elementy, wielkie skarby, jeszcze większe tajemnice i teorie spiskowe… A tu nagle wojna się kończy, Polska jako kraj w zasadzie zostaje przesunięty, tracąc ziemie na wschodzie, a jako rekompensatę dostając tereny na zachodzie, poniemieckie, obce, inne. I tu trafiają ludzie siłą przesiedleni z Kresów, z tym, co zostało z ich dobytku osiedlający się w miejscach nie tylko im nieznanych, ale zasadniczo różniących się od tych, które zostawili. Miejscach, które należały do ich wrogów, oprawców. Kto wie, co się może kryć w tych Domostawach? Co mogli po sobie zostawić? I kto albo co może pojawiać się po zmroku? Tak rodzą się opowieści, legendy, a fakty jedynie zdają się je potwierdzać. Bo są tu podziemne korytarze, tunele, te drożne, tamte zawalone. A przecież każdy wie, że naziści rabowali skarby, których nie zdołali potem wywieźć, a te kryć się muszą… no gdzieś tam. Muszą. Trzeba ich poszukać. No i, jak wiadomo, to szukanie trwa po dziś dzień, pamiętny Złoty Pociąg, który jakąś dekadę tematu rozpalał wyobraźnię wszystkich, a o którym było głośno w mediach, nie został zapomniany i coraz się o nim słyszy, ostatnio zresztą znów, a podobnych legend jest więcej.

 

Nic dziwnego, że książka „Złoto Wrocławia” jest tak przyjemna. Temat samograj, nawet nie trzeba jakoś mocno się wysilać, by dostarczyć czytelnikowi frajdy. W wykonaniu Kalety rzecz nie jest może wybitnie pisana – mamy tu do czynienia z autorką piszącą choćby typowe romanse, a to sporo mówi – a to i owo można było podkręcić czy rozwinąć, ale jednocześnie nie zawodzi. Pisarstwo jest proste, ale skuteczne, ma w sobie coś z ducha literatury młodzieżowej z czasów PRL-u („Pan samochodzik” i te sprawy), a sama powieść wchodzi szybko i lekko. Rozpisana na różne epoki, rozciągnięta na wydarzenia dziejące się od roku 1945, przez czasy PRL-u, po lata dziewięćdziesiąte XX wieku, całkiem dobrze oddaje realia i klimaty poszczególnych czasów. Nad wszystkim unosi się ten duch tajemnic historii, zagadka, która sama w sobie działa na czytelnika i swojskość, która również robi swoje. Porównać to do „Kodu Leonarda Da Vinci” można, jak najbardziej. Z tym, że Kaleta nie stawia na kontrowersje. Za to równie dobrze, co Brown wnika w historię, fakty i legendy, dobrze wykorzystując je w fikcyjnej fabule. Efekt jest sympatyczny i wart uwagi, choć ja osobiście bardziej polecałbym tę lekturę na wakacje, kiedy klimat pory roku sprzyja takim powieściom. No chyba, że chcecie się przygodowo nastroić na lato. Tak czy tak, śmiało możecie sięgnąć.


Recenzja opublikowana na portalu Sztukater.

Komentarze