Astonishing X-Men, tom 2 - Joss Whedon, John Cassaday

NIE WSZYSCY WRÓCĄ

 

Drugi i ostatni tom „Astonishing X-Men” Whedona (będzie jeszcze jeden, Ellisa, ale o nim kiedy indziej), to rzecz równie dobra, co poparzenia. Dowiadujemy się w końcu wszystkiego, jednocześnie już od samego początku czekają na nas nie tylko wyjaśnienia, które intrygują tym, co ze sobą niosą, ale i akcję, wstępnie dość spokojną, ale dobrze wprowadzającą w to epickie, co nadciąga. A jeszcze więcej jest tu skupienia na bohaterach, ich relacjach, które do łatwych nie należą i tym, co dzieje się w ich głowach. Co w połączeniu z dobrymi pomysłami daje naprawdę lekki, dynamiczny, widowiskowy komiks, gdzie króluje rozrywka, ale i nie brak też pewnych ambicji.

 

W drużynie jest zdrajca. I jest nim Emma Frost, która pracuje dla Hellfire Club – a w Hellfire Club jest teraz także nie kto inny, jak sama Cassandra Nova. Do tej pory wszyscy działali z ukrycia, teraz pora by zaatakować szkołę, rozbić X-Men i...

To jednak nie koniec, w  końcu boaiwem wychodzi na jaw który mutant będzie zagładą dla świata Orda. Ord zaś nie tylko uwalnia się z więzienia, ale i łączy siły z Danger. Gdy sytuacja staje się coraz bardziej niebezpieczna, na mutantów czeka podróż w kosmos, nieświadomi czym skończy się dla nich ta wyprawa, jedno jest jednak pewne – nie wszyscy wrócą do domu…

 

Przy okazji poprzedniego tomu pisałem, że „Astonishing X-Men” Whedona to seria, która kontynuując „New X-Men” i mocno do nich nawiązując, jednocześnie trzyma się z dala wielkich wydarzeń i nie mają one na nią wpływu. Nie do końca to prawda, ale tak, chociaż w czasie wydawania tej serii działy się np. „Ród M” czy „Wojna domowa”, nie widać tu ich skutków. Ogólnie zakłada się, że te eventy miały miejscy pomiędzy wydarzeniami z tych dwóch zbiorczych tomów, a przed trzecim, gdzie już widać ich echa. Ale w tym tomie zauważalna jest jedna rzecz – brak Nicka, który w poprzedniej części był obecny. A to oznacza jedno – że pomiędzy pierwszym a drugim tomem działy się wydarzenia „Tajnej wojny” (tam zresztą mutanci mają stroje z „Astonishing X-Men”), więc jakby kogoś nieobecność Fury’ego dziwiła czy ciekawiła, tam może wszystkiego się dowiedzieć.

 


Ale wracając do samego tomu, Whedon w dobrym stylu ciągnie dalej swoją opowieść, podkręcając emocje, dając nam fajne zaplecze psychologiczno-obyczajowe – wątki relacji Emma/Scott czy Kitty/Peter są zwyczajnie świetne – więcej emocji i znaczenia dla wydarzeń (u Morrisona w ogóle nie czuło się ciężaru i konsekwencji ludobójstwa na Genoshy, chociaż co raz wspominał o tym, a tu prostymi zabiegami, jak choćby pokazanie pomnika ofiar, Whedon robi w temacie więcej, niż poprzednik), a całość stawia przede wszystkim na konkretną akcję, która jest widowiskowa i dynamiczna, zagrożenie spore, epickość konkretna. Okej, nie ma tu wiele oryginalnych rzeczy, bo już ataki na szkołę były, a i w kosmos bohaterowie latali i wcześniej, i później. Ale jednak dzięki iście filmowej narracji, dynamice i dobremu wyważeniu tego, co dramatyczne i emocjonalne, a humorem i lekkości, rzecz wchodzi znakomicie.

 


A wszystko jest spójne, dobrze poprowadzone i jednocześnie stanowi dobrą, zamkniętą całość, jak i świetną kontynuację „New X-Men” Morrisona. A przy okazji zostawia uczucie niedosytu i wątki otwarte dla kontynuatorów, żeby mieli co robić, a czytelnicy na co czekać. Po prostu świetna rzecz i tyle, wyśmienicie zilustrowana, od początku do końca zrobiona przez duet Whedon / Cassaday, z wyczuciem, bez przedłużania, bez pospieszania. No po prostu kawał dobrej roboty i tyle. coś, co fani X-Men znać nie tylko powinni, ale muszą. I będą z tej znajomości bardzo zadowoleni. a ja lecę dalej z tym odświeżaniem sobie mutantów – jeśli kogoś to interesuje, po whedonowych „Astonishing” (a przed trzecim tomem) dzieje się naprawdę dużo i konkretnie i sporo z tego mamy po polsku („Ród M”, najlepiej poprzedzony „Upadkiem Avengers”, potem „Syn M”, Syn M, „Mordercza geneza”, „Powstanie i upadek imperium”, a gdzieś na tym tle dzieje się jeszcze ogólny event „Wojna domowa”, wart wspomnienia, tak dla umiejscowienia gdzieś tego wszystkiego, a potem kolejne, ale to już przy innej okazji wspomnę). Jest co czytać. I to sporo naprawdę dobrych rzeczy.

Komentarze