ZNAJOMY
KONIEC
„Eskapada 2046” to powieść w zasadzie jeszcze jedna
książka, jakich w gatunku postapo wiele. Jeśli poczytacie opinie w sieci – a
zanim sięgnąłem, poczytałem, z ciekawości – zobaczycie skrajności: albo
bezrefleksyjne zachwyty, albo po absolutne zmieszanie z błotem. A ja jestem
pośrodku, bo żadne to cudo, nic, co byłoby odkrywcze, świeże czy choćby trochę
oryginalne, z drugiej to wcale nie jest taka zła książka, w większości
poprawnie napisana i wcale nie gorsza od większości podobnych dzieł. Przeczytać
można, jeśli naprawdę cierpicie na niedosyt gatunku, ale nic, co znać trzeba.
Świat się skończył. Przetrwały niedobitki. Jednym z
nich jest Thomas O’Connor, który odkrywa, że na Alasce może istnieć swoisty
azyl, gdzie można odnaleźć spokój. Nie waha się, rusza, a na dodatek po drodze
spotyka ją, Sarę i… No i coś między nimi zaczyna iskrzyć, rodzić się… W dalszą
drogę ruszają razem, ale czy ich cel może być realny?
Fantastyki czytam dużo. Rodzimej mniej, najczęściej
unikam polskich pisarzy, mając tylko paru, po których twórczość sięgnę, gdy
wpadnie mi w ręce, ale też nie tak, żeby czekać na premierę i wydawać kasę,
kiedy książka tylko wyjdzie. W końcu będzie w promocji, może gdzieś trafię w
koszu z tanią książką, na outlecie albo z drugiej ręki. Nie? To nic się nie
stanie. Podobnie zresztą podchodzę do większości wydawanej obecnie fantastyki –
przynajmniej tej współczesnej, bo klasyka to inna sprawa. Wszystko przez to, że
im bardziej współczesna rzecz, tym gorzej wypada. Regres w jakości literackiej obserwuję
od lat, a w stracie rozrywkowych książkach to aż bije po oczach. Kiepskie,
wtórne pomysły, brak logiki, a jeszcze pisarstwo, jakby skierowane do kogoś,
kto nie jest w stanie ogarnąć zdań wielokrotnie złożonych ani słów innych, niż
potoczne. I takie właśnie najczęściej jest postapo. Jak dobrze liczę, w zeszłym
roku przeczytałem ok. dwunastu książek z tego gatunku i tylko trzy z nich
naprawdę warte były uwagi – co ciekaw obie to były dzieła sprzed
kilkudziesięciu lat, dobrze napisana klasyka. Resztę mniej lub bardziej zmęczyłem,
często żałując czasu na nie poświęconego.
Po co to wszystko? Bo naczytałem się opinii, że
„Eskapada 2046” jest nielogiczna i niepoprawnie napisana, a tymczasem
nielogiczna i rzadko kiedy poprawnie napisana jest niemal cała współczesna
proza tego typu. I nie tylko ona, bo tu nawet klasyki, jak Masterton
(pozbawiony sensu, choć dobrze pisany i klimatyczny „Głód”) potrafią zawieść.
„Eskapada” zaś miewa nielogiczne momenty, postacie sa płaskie, a świat po końcu
świata, jak wszystkiego tego typu miejsca, ale wcale nie jest źle napisana.
Bywa, że pisarstwo jest niezłe, naprawdę poprawne – i z pewną dozą
nonszalancji, marudzenia etc., co mi osobiście podeszło – bywa, że widać w nim
brak wprawy, brak wyczucia, że to debiutant i że korekta i redakcja do roboty
się nie przyłożyły. Gdyby tak ktoś o to zadbał, wyeliminował wszystkie błędy,
także interpunkcyjne i przeredagował niektóre akapity, byłoby dużo lepiej.
Karol Fronczak niektórymi udanymi momentami pokazuje, że tkwi w nim pewien potencjał,
wydawca jednak nie spróbował go wykorzystać i mam wrażenie, jakby wypuścił
surowy tekst, bez próbki, krócej wymagał – jak każdy tekst przecież.
Poza tym fabularnie to typowa historia o końcu świata,
o wędrówce, o szukaniu raju obiecanego. No i – a to dla mnie plus – także o
miłości. Ma nastrojowe momenty, poza tym wchodzi szybko, bo to nie coś
rozpisanego na setki stron, ot nieco ponad 280, w sam raz na dzień czy dwa z książką
w ręku. Nie porywa, ale nie zniechęca. Nie jest tak dobra, jak mówią niektórzy,
ani tak zła, jak chcieliby inny. Jest, jak większość tego typy książek i kto
się nimi zaczytuje, sięgnąć może.

Komentarze
Prześlij komentarz