Nowe przygody Mikołajka / Nowe przygody Mikołajka: Kolejna porcja / Nieznane przygody Mikołajka - René Goscinny, Jean-Jacques Sempé

MIKOŁAJKI TRZY

 

Chciałem zacząć tę recenzję od słów, że te książki są idealne na Mikołajki i puścić ją tego grudniowego dnia, ale że brzmiałoby to kiczowato – darowałem sobie i na przekór lecę teraz. Prawda jest bowiem taka, że opowieści o Mikołajku to pozycje doskonałe na prezent z konkretnej okazji, bez okazji i nie jako prezent także. I nie ważne ile ma się lat i jakie gatunki się preferuje, te książki potrafią urzec każdego i dostarczyć mu niesamowicie udanej rozrywki stojącej na naprawdę wysokim poziomie.

 

Mikołajek to kilkuletni chłopiec, który lubi wiele rzeczy (westerny, piłkę nożną, zabawki), ale przede wszystkim lubi psocić i pakować się w różne kłopotliwe sytuacje. Swoich rodziców przyprawa o załamanie nerwowe, tak to już jednak bywa. Jego najlepszym przyjacielem, który ciągle coś je, jest Alcest, a towarzyszy im cała masa innych dzieci, poczynając od najsilniejszego chłopaka w klasie, Euzebiusza, przez pochodzącego z bogatego domy Gotfryda, po Ananiasza, typowego kujona, którego każdy chciałby pobić, ale bić go nie wolno, bo nosi okulary. I tak razem mija im czas, szkoła i kolejne pory roku, ale żaden z nich nie uczy się na własnych błędach i wciąż pakują się w tarapaty i sprowadzają katastrofy na swoje otoczenie…

 

Dla dzieci lektura przygód „Mikołajka” będzie zabawą opartą na ukazaniu w krzywym zwierciadle wszystkiego tego, co składa się na ich własne życie. Nie ważne, że historyjki te powstawały w latach 50. i 60. XX wieku – podstawowe rzeczy takie, jak ciągłe problemy w domu, nierozumiane przez dorosłe otoczenie relacje z kolegami, kłopoty w szkole, pakowanie się w kolejne tarapaty czy zupełny brak dogadywania się z rodzicami, pozostają niezmienne. Łączy się to z pewną niegrzecznością, która tak często pomijana jest w książkach dziecięcych, a przecież docelowym odbiorcom jest doskonale znana z doświadczenia i jak najbardziej pożądana. Żadne dziecko nie chce przecież czytać tylko o dobrych, nieskazitelnych bohaterach – inaczej „Mikołajek”, „Dziennik cwaniaczka” i im podobne nigdy nie odniosłyby takiego sukcesu. Rodzice jednak nie pragną by pociechy sięgały po lektury tylko o łobuziakach. Ale Goscinny udowodnił, że można połączyć oczekiwania obu tych grup w serii mądrych, zabawnych i idących nieco pod prąd opowiastek.

 

Co jednak może się w tym wszystkim podobać czytelnikom dorosłym? Cóż, każdy z nas kiedyś był dzieckiem i nawet jeśli nie chce tego przed sobą przyznać albo maskuje to, jak może, gdzieś w głębi serca pamięta, jak sam miał te kilka lat. Może swoje pociechy traktuje tak, jak jego traktowali rodzice – bo z perspektywy czasu, nawet mając świadomość tego, jak sam się wówczas czuł, wie lepiej i stara się tak czy inaczej podejść do dziecka z owej dojrzałej perspektywy. Ale opowieści o Mikołajku mogą nie tylko obudzić w nim sentymenty (ach jakże cenna rzecz, bo cóż nam pozostało z tego w miarę beztroskiego okresu, jak nie one?), ale także przypomnieć to i owo i pozwolić nabrać właściwej perspektywy. Co nie przeszkadza bawić się i czerpać przyjemności z pełnych psot przygód dziecka, które ma tendencję do pakowania się we wszelkiej maści tarapaty.


I właśnie na komicznych tarapatach opierają się poszczególne opowieści o Mikołajku. Te jednak nieodzownie wiążą się z czymś jeszcze – rozbrajającą logiką głównego bohatera, który każdą katastrofę, jakiej dokonuje, potrafi przekuć w czyn doniosły, a nade wszystko słuszny. Straty? Nie interesują go, jeśli nie dotyczą jego. Jeśli grożą reperkusjami dla niego odczuwalnymi, kombinuje, jak może, byle zamaskować błąd. A to, jak się domyślacie, kończy się najczęściej jeszcze większą tragedią. On natomiast i tak potrafi być z siebie dumny. I nie ma na niego siły, bo przez żelazny mur niezachwianej logiki, której dorośli w ogóle nie pojmują, przebić się nie sposób. Wszystko to sprawia, że całość czyta się z wielką przyjemnością, nieustającymi wybuchami śmiechu i przede wszystkim z nutą zadumy. Bo Goscinny pisząc to, nie tylko pamiętał, jak to jest być dzieckiem, ale też i wiedział, jak być dorosłym tęskniącym za tamtym czasem i jak dzięki temu do dorosłego trafić.

 

Jeżeli zatem nie znacie jeszcze przygód Mikołajka (a to w ogóle możliwe? jeśli natomiast kojarzycie go tylko z filmów kinowych czy niezbyt udanego serialu animowanego, wyrzućcie je z pamięci), teraz macie doskonałą okazję nadrobić ten niewątpliwy błąd. Nakładem wydawnictwa Znak właśnie ukazało się bowiem wznowienie trzech części tej serii pisanych przez René Goscinnego i ilustrowanych przez Jeana-Jacquesa Sempé. A dokładniej „Nowe przygody Mikołajka”, „Nowe przygody Mikołajka: Kolejna porcja” oraz „Nieznane przygody Mikołajka”. Nie trzeba być szczególnie zorientowanym w chronologii by zorientować się, że brak tu debiutanckiej książki z serii, ale to niczego nie zmienia. Każdą z nich, tak samo, jak każde z opowiada wchodzących w ich skład śmiało można czytać bez znajomości innych. Tak zresztą zostały skonstruowane, by stanowiły absolutnie autonomiczne teksty. A każdy z nich zachowuje wszystkie elementy, które złożyły się na sukces „Mikołajka” i nawet jeśli prezentują różny poziom, zawsze potrafią zachwycić.

 

Oczywiście nie można przy okazji zapomnieć o doskonałych ilustracjach Sempé, skrajnie prostych, czasem przypominających szkice, ale tak świetnie pasujących do całości, że trudno wyobrazić sobie bez nich tę serię. Na dodatek niemal wszystkie grafiki w tomie „Nieznane przygody Mikołajka” są kolorowe. A przecież mamy też rewelacyjne wydanie, w twardych oprawach, które zarówno na zewnątrz, jak i w środku prezentuje się bardzo przyjemnie dla oka. Dzieci i rodzice będą zachwyceni, więc jeśli jeszcze nie macie tych książek na swoich półkach, warto zmienić ten stan rzeczy. Bo do przygód Mikołajka chce się wracać nie raz, więc nie zaszkodzi mieć je pod ręką.

Komentarze