X-Men: Sezon pierwszy / Bóg kocha, człowiek zabija – Dennis Hopeless, Chris Claremont, Jamie McKelvie, Brent Anderson


SKAZANI JUŻ NA STARCIE

 

Bardzo czekałem na premierę tego tomu, kiedy lata temu startowała kolekcja „Superbohaterowie Marvela”. W oryginale bowiem jego skład to były dwie historie, legendarne „Czasy minionej przyszłości” i powieść graficzna „Bóg kocha, człowiek zabija”. Czyli dwie uważane za jedne z najlepszych dzieł o mutantach w dziejach (tak, znów powołam się na listę „Wizarda” 100 najlepszych komiksów w dziejach, gdzie oba się znalazły i to bardzo wysoko). A potem okazało się, że jednak nad Wisłą będzie to wyglądało inaczej i zawód. Bo na co mi kolejna opowieść o początkach ekipy, jaką był drukowany tu „Sezon pierwszy”, szczególnie, że została tak słabo zilustrowana? Zniechęciłem się, niemal sobie odpuściłem, ale ostatecznie sięgnąłem przez drugi z komiksów. I dobrze, bo raz, że „Czasy minionej przyszłości” w końcu wyszły w naszym kraju (w ramach „WKKM”), dwa, że „Bóg kocha, człowiek zabija” okazał się naprawdę świetną historią, a trzy, że „Sezon pierwszy”, o dziwo, naprawdę mi podszedł. Efekt zaś jest taki, że do dziś to dla mnie jeden z najlepszych tomów „SBM”, chociaż, wiadomo, gdyby były tu „Czasy” byłby jeszcze lepszy.

 

„Sezon pierwszy” to nic innego jak powrót do początków X-Menów. Drużyna powstaje, skład się formuje, naparza się z Magneto, powstaje Bractwo Mutantów. Zaczyna się to epicką sceną, w której młoda Jean Grey powstrzymuje uzbrojone myśliwce i unosi cały lotniskowiec, a potem mamy filmowy przeskok w czasie o niecały miesiąc, a my obserwujemy, jak Jean dołącza do ekipy, jak trafia między samych nastoletnich chłopaków, wśród których zaczyna wrzeć i jak powoli tworzą się pierwsze relacje między nimi. A oni, choć mutantami szkolnymi do walki, pozostają nadal dzieciakami, chcą się bawić, chcą szaleć. I nie mają pojęcia, co łączy ich mentora, Xaviera, z Magneto…

Ta nieco sielska atmosfera znika w „Bóg kocha, człowiek zabija”. Wielebny William Stryker to charyzmatyczny sekciarz, który stworzył militarną organizację mordującą Mutantów. Jego celem są X-Men, ale nie gardzi zabiciem każdego mutanta, nawet najmłodszego wiekiem. Magneto, chcąc zemścić się za zamordowane dzieci, wkracza do akcji i….

 

Świetny to album, oj świetny. Raz, że to znakomite przybliżenie początków X-Menów, fabularnie niemal równie dobre co „Ultimate X-Men” Marka Millara, choć w zupełnie innym tonie. Dennis Hopeless, gość, który tak świetnie pisał o Spider-Woman, robi z tego wszystkiego fajną teen dramę, na luzie, z romantycznymi uniesieniami, dramatycznymi scenami i sporą dozą lekkiego humoru. Acz to też spore uproszczenie, bo może i nieskomplikowane jest to wszystko, jednak są w tym emocje, jest urok i masa takiego sympatycznego vibe’u, że umie chwycić za serducho. No i dobrze, w iście filmowym stylu, w estetyce pasującej do „X-Men: Pierwsza klasa”, przybliża początki w zwartej (to powieść graficzna, nie seria) formie i w sprawny sposób. Tylko te rysunki słabe są, za kolorowe, za mało nastrojowe, ale po bliższym poznaniu wcale nie takie złe.

 


A i tak całe show kradnie to, co wyszło spod ręki Claremonta i Andersona. „Bóg kocha, człowiek zabija” to może historia, która dziś już nie jest taka mocna, jak przed laty (w 1982 roku lincz na dzieciach i tym podobne elementy robiły wielkie wrażenie, a i obecnie nie zdarzają się w komiksach często), ale nadal świetna. Mroczna, nastrojowa i brutalna – bardziej w emocjonalnym, niż wizualnym sensie – przypowieść o nienawiści, braku tolerancji i wypaczania wiary. Przypowieścią, która tak zachwyciła twórców kinowych X-Men, że ich reżyser mocno inspirował się nią kręcąc „X-Men 2”. I może w filmie tego nie widać, może bardziej biją tam po oczy inspiracje „Ultimate X-Men” Millara (w obu pierwszych częściach), to jednak warto o tym pamiętać.

 

Okej, jak mówiłem, nie jest to jednak tak mocne, jak przed laty. Zresztą Claremont nieco to wszystko łagodzi, unika brutalnego sedna, ale jednocześnie potrafi uderzyć i w te nuty. Do tego podaje to wszystko z pewną głębią, przesłaniem i klimatem zbudowanym w dużej mierze na brudnych rysunkach Andersona. Jego kreska jest dość nietypowa, bardziej europejska, z duża dozą mroku i oszczędnymi, zimnymi barwami podkreślającymi wydźwięk całości. Robi wrażenie. Może nie gigantyczne, ale nadal duże. I nadal absolutnie warta jest polecenia. Więc tak, bierzcie w ciemno, nie wahajcie się, nie zastanawiającej. Jeśli nie czytaliście, wygrzebcie gdzieś, można bez trudu i nie drogo i cieszcie się, bo warto. Nie tylko, jeśli jesteście fanami X-ekipy.

Komentarze