DEADPOOL
WYKAŃCZA MARVELA
„Deadpool zabija uniwersum Marvela” (czemu nie
„wykańcza” co zdecydowanie fajniej w jego kontekście by brzmiało?) powraca. Już
raz wyszedł na polskim rynku, ale tylko w rzucie testowym kolekcji. Kolekcja
się przyjęła, na szczęście, teraz trafiła do szerokiej sprzedaży i kto nie
kupił kiedyś, ma wreszcie szansę, a że to całkiem fajny „Deadpool”, mieć warto.
Tym bardziej w takim wydaniu i za trzy dyszki, chociaż tak ogólnie to taki słabiak niestety jest.
Deadpool wykańcza Fantastyczną Czwórkę, ale zostaje
złapany i umieszczony w szpitalu celem wyleczenia. Taa… Wiadomo, co z tego
leczenia wyjdzie. Psychiatra zresztą ma co do niego własne cele, ale Deadpool
to Deadpool, co mu tam psychiatra, co mu jakiekolwiek ograniczenia, uwalnia się
i kontynuuje swój morderczy marsz, który… No właśnie, jaki ma cel?
„Deadpool zabija uniwersum Marvela” to historia
otwierająca ciąg opowieści tego typu, którego wydawnicze losy są równie
pokręcone, jak sam Najemnik z nawijką. O co chodzi? Tak naprawdę ta historia
jest pierwszą częścią dwóch różnych trylogii. Pierwsza z nich nosi nazwę „Deadpool
Killogy”, i w jej skład wchodzą historie „Deadpool Kills the Marvel Universe”,
„Deadpool: Killustrated” i wreszcie „Deadpool Kills Deadpool” (było po polsku
jako „Deadpool kontra Deadpool”). Oczywiście jest też druga trylogia: „Deadpool
zabija uniwersum Marvela”, „Deadpool Kills the Marvel Universe Again” i
wydawana obecnie miniseria „Deadpool Kills the Marvel Universe One Last Time”. A
gdzieś pomiędzy tym wszystkim mamy „Night of the Living Deadpool” (mocno związane
z tymi opowieściami) czy „Uniwersum Marvela zabija Deadpoola” (choć to już
część dłuższej serii i jedyna z powyższych nienapisana przez Bunna).
Ale wróćmy do samej opowieści. Ten „Deadpool” jest
nieco poważniejszy, ale wcale niekoniecznie z powodów, jakie podane są we wstępie
– dla mnie po prostu Bunn już tak ma, że jego wersja tej postaci mnie nie
śmieszy (a dialogi w jego wykonaniu są dość sztywne i zachowawcze), nie ważne
czy chodzi o ten album, czy jakikolwiek inny spod jego ręki. Ale akurat tu mi
to pasuje. Wolę Deadpoola w wersji satyrycznej, gdzie się morda uśmiechnie,
nawet kiedy rzeza wrogów, jak świnie w rzeźni, ale do tej historii pasuje ta
odmieniona nieco wersja. Chociaż z tym rzezaniem to tu tak umiarkowanie jest.
Chyba najlepiej na tym polu wypadają wątki ze Spider-Manem (mimo głupoty, że Spider nie uniknął czegoś takiego mimo swojego zmysłu...) i Hulkiem, reszta to
jednak bezpieczne ujęcie tematu, zresztą i mało oryginalne i wcale nie dlatego,
że wiele lat wcześniej uniwersum Marvela wykończył Punisher. Deadpool to dla
mnie zawsze taki młodszy i głupszy brat Lobo, obaj to najemnicy, mordercy,
którzy jednak z humorem podchodzą do tematu, obaj też inspirowani są Wolviem, a
Lobo też kiedyś wykończył swoje uniwersum (całe DC), tu nawet zakończenie jest zerżnięte. Tyle, że Ostatni
Czarnianin (tak, będę się upierał na taką odmianę) zrobił to w jednym ledwie
zeszycie, też jednak z humorem, lekkością i też bez przesadnie lejącej się
krwi, chociaż miał parę fajnych pomysłów (haczyk kontra czerep Flasha czy jak
zabić Supermana, który wtedy był tworem z czystej energii).
Tak czy inaczej, czyta się to dobrze, szybko i na luzie. Jest parę fajnych scen, jest klimacik, a i rysunki w swej prostocie są całkiem fajne. Dodatków ubogo, bo trochę o autorach, trochę o kulisach i podobnych historiach i tyle. Wydanie fajne, bo twarda oprawa, dołączona grafika kolekcjonerska (chociaż można było wybrać coś lepszego), ale strona techniczna na kolana nie powala. Przekład jest niezły, to nie ten poziom co „SBM” czy kolekcje z carrefoure’a, ale też nie jest super, bo Toński operuje angielskim stricte słownikowym, a i to nie jakoś nadzwyczajnie dobrze, a Szcześniak na stanowisku korektora też się nie przemęcza mam wrażenie, chociaż wielkich wpadek tu nie ma – raczej rzeczy w stylu nienaturalnie brzmiących tekstów czy dziwnej składni, tudzież odmiany. Redakcja też się nie popisała, bo błędów tu sporo – mamy też choćby teksty o komiksach, gdzie czasem polski tytuł tych wydanych już w naszym kraju jest podawany, częściej jednak nie (i to nawet tomów wydanych przez Hachette), a i oryginalne tytuły potrafią być źle podane („Deadpool: Top Secret Wars” zamiast „Deadpool's Secret Secret Wars”). Ale sam komiks jest spoko, mimo iż bohaterowie nie mają swoich charakterów, a fabuła w zasadzie żadnego sensu, przeczytać śmiało można i momentami nawet nie najgorzej się bawić.

Komentarze
Prześlij komentarz