ŁOBODZIŃSKI
O ŁOBODZIŃSKIM
Filip Łobodziński to dla mnie człowiek kojarzący
się tylko z jednym – niezapomniany Duduś z „Podróży za jeden uśmiech” (plus
Julek ze „Stawiam na Tolka Banana”, acz to już jakoś mniej). Nie śledzę losów
polskich gwiazd, to raz, telewizji nie oglądam od nie pamiętam kiedy, więc i
nie wiem, co się tam dzieje to dwa. Trzecia sprawa, że dziennikarstwem w naszym
kraju się nie interesuję, a polską scenę muzyczną postrzegam przez bardzo
ograniczony pryzmat tego, co już lubię, bo zwyczajnie nie wiele jest tu dobrego
do słuchania, a już na pewno niczego współczesnego. Dlatego nie miałem pojęcia,
co obecnie porabia Łobodziński, że jego działalność artystyczna i medialna nie
skończyła się z łatką zapomnianej już trochę dziecięcej gwiazdy kina. Ale nawet
gdybym to wiedział, gdybym śledził losy „Dudusia”, większości rzeczy zawartych
w tej książce bym nie wiedział. Wiedza to jednak jedno, co innego wykonanie,
ale to satysfakcjonuje. I chociaż obraz Łobodzińskiego jaki wyłania się z tej książki
pokazuje nam człowieka z dużym ego, to, o czym i jak opowiada jest bardzo
udane.
Filip Łobodziński. Urodzony w 1959 roku aktor
dziecięcy (obok wspominanych powyżej ról zagrał też chociażby u Barei w „Poszukiwany,
poszukiwana”), dziennikarz, tłumacz, muzyk (choćby „Zespół Reprezentacyjny”), prowadził
programy takie, jak „Pegaz”, „To był dzień na świecie” czy „Xięgarnia”. Nawet
pracował w ministerstwie czy Najwyższej Izbie Kontroli.
Prywatnie zaś to Reytaniak, dzieciak z Pola Mokotowskiego,
człowiek po przejściach, mający dwie córki i będący obecnie w trzecim
małżeństwie. Ale to tylko suche fakty. Ta książka zaś opowiada o tym, co w
Łobodzińskim siedzi, o nim samym, jego poglądach, odczuciach etc. Wszystko, oczywiście,
jego oczami.
Łobodziński nie nazywa tej książki autobiografią i
po części muszę się z nim zgodzić, a po części… No jest to autobiografia, nie
ma co ukrywać, ani udawać, że mamy do czynienia z czymś całkiem innym. po prostu
nie jest to autobiografia typowo skrojona, krok po kroku obejmująca całe życie
i wszystkie jego aspekty. Autor w krótkich rozdziałach opowiada o tym, o czym chce
nam opowiedzieć. Nie porwę się na próby orzekania czy ta publikacja jest kompleksowa
i wierna, bo nie mam o tym pojęcia, mogę jednak stwierdzić, że czasem
Łobodziński idzie biograficzną ścieżką, a czasem pisze o tym, o czym po prostu
ma ochotę, przetykając to wszystko fragmentami swojej twórczości – i nie tylko,
bo cytatów i to całkiem obszernych też tutaj nie brak.
Nie będę tu analizował czy ze wszystkim z autorem
się zgadzam, czy nie, chociaż mocno eksponuje on tu swoje zdanie na różne
tematy – nie tylko zatem o sobie opowiada, ale i opowiada o tym, często bardzo
krytycznie, co go otaczało i co ocenić ze swojej perspektywy może. Jest tu
sporo trafności, której nie można mu odmówić, jest też miejsce na polemikę. Przede
wszystkim jest lekkie, ale dogłębne pisarstwo, które czasem z humorem opowiada
nam o tym, co było, a czasem z emocjami. Łobodziński nie unika tu trudnych czy
bolesnych tematów osobistych (relacje rodzinne), nie boi się intymności, a kiedy
trzeba, nie przebiera w słowach. Pisze, co myśli, co czuje, a nam to myślenie i
czucie się udziela. Nie chcę tu za wiele Wam zdradzać jakie porusza tematy, bo
od tego jest on sam i ta książka (dlatego też opis zawartości mocno
ograniczyłem do tego, do czego ogranicza się i sam blurb), ale każdy znajdzie
tu coś, z czym mógłby się identyfikować, czy to będzie trudne życie rodzinne,
poglądy na armię czy wspominki zabaw w doktora w szkole. A i znajdzie tu wiele
interesujących rzeczy zza kulis różnych zawodów, a to jedna z tych rzeczy, na
które najmocniej liczyłem. I może czasem Łobodziński nie wnika w jakieś
kwestie, w które chciałoby się, żeby wniknął bardziej, a czasem pobrzmiewa w
tym taka nuta, jakby tylko jego zdanie czy pogląd było tym właściwym (choć to
może kwestia odbioru), książka satysfakcjonuje.
Jeśli chodzi o wydanie to wypada dobrze, acz z
pewnymi zastrzeżeniami. Twarda oprawa, ładna wizualnie edycja to jedno, drugie
to zmieszczenie całej masy tekstu na ledwie 430 stronach, przez co czcionka
jest mała, a kartki gęsto zadrukowane, co potrafi zmęczyć wzrok. Nie ma tu też
grafik, a jednak chciałby się garści zdjęć ilustrujących tematy. To już jednak
kwestie techniczne, warte wzmianki, ale nie wpływające na naprawdę dobrą jakość
zawartości. Kto lubi biografie, kogo ciekawią ludzie, a może sam Łobodziński albo
któraś z branż, w jakich działał, może czytać bez wahania.
Recenzja opublikowana na portalu sztukater.

Komentarze
Prześlij komentarz