Sztejer #2: Wino, kobiety i śmierć - Robert Foryś

A KTO UMARŁ, TEN NIE ŻYJE

 

„A kto umarł, ten nie żyje” – jak coś zaczyna się takimi słowami, a do nich właśnie zaczyna się ten tom, wiadomo już z jakim dziełem mamy do czynienia. Z jakim? No cóż, na pewno nie klimatycznym kinem sensacyjnym na miarę „Psów” (nie wielbię tego filmu, jak niektórzy, ale doceniam i rozumiem, czemu można chcieć się na nim wzorować, albo chociaż do niego odnosić), ale na pewno męskim tworem, gdzie najważniejsza będzie akcja, siła i wszystko w ten deseń. No i jest. Tytuł „Wino, kobiety i śmierć” do czegoś zobowiązuje. Ale trzeba przyznać, że trochę lepszy to „Sztejer”, niż poprzedni tom i w sumie nawet przeczytać go można, jeśli takie rzeczy są w Waszej sferze zainteresowań.


Sztejer wraca. Wraca do akcji, ale i wraca do domu. Zanim tam jednak dotrze, czeka go wiele przeciwności losu, niebezpieczeństw i zagrożeń. Bo świat po zagładzie gościnny nie jest, zaludnia go cała masa stworzeń, z którymi nikt nie chciałby mieć nic do czynienia, a droga do celu nie jest krótka…

 

Ten „Szetejer” to i powieść, i nie powieść. Bo w sumie to zbiór opowiadań (nowelek?), które układają się w jedno, ale jednak zbiór. Z tym, że poszczególnych tekstów czytać oddzielnie od siebie nie ma sensu, bo układają się w całość. Więc powiem, że czuję takie trochę rozbicie, dysonans – bo czuć, że to nie do końca powieść, ale opowiadania nie mają też takiej autonomii, by traktować je, jako krótkie formy. Ot, jakby Foryś miał pomysły, ale nie potrafił spleść ich w odpowiednio długą fabułę, bo nad nią nie panował, więc podzielił to wszystko tak, jak było mu wygodnie.

 

No to tyle, jeśli chodzi o formę. Treść? Jak to w innych częściach serii, znaczenie ma raczej drugorzędne. Chodzi tu właściwie o to, by Sztejer mógł sobie samczo poszaleć. Tu popić, tam pochędożyć, to znowu jeszcze mordę obić – ogólnie pokazać, jaki to męski jest, bo wszystko w sumie siłą mięśni (albo broni) załatwi, każdą, którą chce, zaliczy i ogólnie, choć świat niebezpieczny i zdewastowany, to on akurat bać się nie ma co i ze wszystkiego, co go czeka, wyjdzie obronną ręką. No nie lubię takich bohaterów, Sztejer mnie drażni, więc i ciężko się to czyta czasem. Bo gdyby tak autor ujął to w satyryczne ramy, gdyby tak puścił do nas oko, gdybyśmy wiedzieli, że to nie na serio (cytowanie „Psów” i podobne zabiegi nic tu nie zmieniają), ale nie. „Sztejer” to po prostu taki mokry sen szkolnego łobuza albo dresa spod budki z piwem. Dlatego nie potrafię dać się tej serii porwać.

 

Acz w tym tomie lepsza jest nieco akcja. Klimat? Pozostał taki sam, ale czasem odnosi się wrażenie, jakby Foryś inspirował się „Wiedźminem” – czy to plus, czy minus, każdy osądzi sam, ja tylko mówię z czym mi skojarzyło. Ale za mało znam prozę Sapkowskiego (a i nie za bardzo lubię to, co znam), by mocniej wnikać w temat. A „Sztejer” to ogólnie sprawia takie wrażenie kolażu elementów, które autor wchłonął z mlekiem popkulturowej matki. On najwyraźniej bawi się tu dobrze, nawet kiedy serwuje masakrę właściwie dla samej masakry, więc i czytelnicy, którzy takich męskich, samczych wręcz dzieł nie odrzucają, a wręcz znajdują w nich coś dla siebie, też nie powinni się zawieść. Ale ja fanem niestety nie zostanę.

Komentarze