„A kto umarł, ten nie żyje” – jak coś zaczyna się
takimi słowami, a do nich właśnie zaczyna się ten tom, wiadomo już z jakim
dziełem mamy do czynienia. Z jakim? No cóż, na pewno nie klimatycznym kinem
sensacyjnym na miarę „Psów” (nie wielbię tego filmu, jak niektórzy, ale
doceniam i rozumiem, czemu można chcieć się na nim wzorować, albo chociaż do
niego odnosić), ale na pewno męskim tworem, gdzie najważniejsza będzie akcja,
siła i wszystko w ten deseń. No i jest. Tytuł „Wino, kobiety i śmierć” do
czegoś zobowiązuje. Ale trzeba przyznać, że trochę lepszy to „Sztejer”, niż
poprzedni tom i w sumie nawet przeczytać go można, jeśli takie rzeczy są w
Waszej sferze zainteresowań.
Sztejer wraca. Wraca do akcji, ale i wraca do domu. Zanim tam jednak dotrze,
czeka go wiele przeciwności losu, niebezpieczeństw i zagrożeń. Bo świat po
zagładzie gościnny nie jest, zaludnia go cała masa stworzeń, z którymi nikt nie
chciałby mieć nic do czynienia, a droga do celu nie jest krótka…
Ten „Szetejer” to i powieść, i nie powieść. Bo w sumie
to zbiór opowiadań (nowelek?), które układają się w jedno, ale jednak zbiór. Z
tym, że poszczególnych tekstów czytać oddzielnie od siebie nie ma sensu, bo
układają się w całość. Więc powiem, że czuję takie trochę rozbicie, dysonans –
bo czuć, że to nie do końca powieść, ale opowiadania nie mają też takiej
autonomii, by traktować je, jako krótkie formy. Ot, jakby Foryś miał pomysły,
ale nie potrafił spleść ich w odpowiednio długą fabułę, bo nad nią nie panował,
więc podzielił to wszystko tak, jak było mu wygodnie.
No to tyle, jeśli chodzi o formę. Treść? Jak to w
innych częściach serii, znaczenie ma raczej drugorzędne. Chodzi tu właściwie o
to, by Sztejer mógł sobie samczo poszaleć. Tu popić, tam pochędożyć, to znowu
jeszcze mordę obić – ogólnie pokazać, jaki to męski jest, bo wszystko w sumie
siłą mięśni (albo broni) załatwi, każdą, którą chce, zaliczy i ogólnie, choć
świat niebezpieczny i zdewastowany, to on akurat bać się nie ma co i ze
wszystkiego, co go czeka, wyjdzie obronną ręką. No nie lubię takich bohaterów,
Sztejer mnie drażni, więc i ciężko się to czyta czasem. Bo gdyby tak autor ujął
to w satyryczne ramy, gdyby tak puścił do nas oko, gdybyśmy wiedzieli, że to
nie na serio (cytowanie „Psów” i podobne zabiegi nic tu nie zmieniają), ale
nie. „Sztejer” to po prostu taki mokry sen szkolnego łobuza albo dresa spod
budki z piwem. Dlatego nie potrafię dać się tej serii porwać.
Acz w tym tomie lepsza jest nieco akcja. Klimat?
Pozostał taki sam, ale czasem odnosi się wrażenie, jakby Foryś inspirował się
„Wiedźminem” – czy to plus, czy minus, każdy osądzi sam, ja tylko mówię z czym
mi skojarzyło. Ale za mało znam prozę Sapkowskiego (a i nie za bardzo lubię to,
co znam), by mocniej wnikać w temat. A „Sztejer” to ogólnie sprawia takie
wrażenie kolażu elementów, które autor wchłonął z mlekiem popkulturowej matki.
On najwyraźniej bawi się tu dobrze, nawet kiedy serwuje masakrę właściwie dla
samej masakry, więc i czytelnicy, którzy takich męskich, samczych wręcz dzieł
nie odrzucają, a wręcz znajdują w nich coś dla siebie, też nie powinni się
zawieść. Ale ja fanem niestety nie zostanę.

Komentarze
Prześlij komentarz