Z „Avinionem” mam tak, że jestem trochę rozdarty,
jak i rozdarta jest sama ta książka. Z jednej strony naprawdę przyzwoicie się
to czytało, bo rzecz nieźle napisana i z lekkością, z drugiej jednak problem
jest taki, że to nie opowieść, która daje to, co obiecuje. Przynajmniej w
pewnym sensie. Bo spójrzcie na okładkę, wygląda, jak z rodowitego horroru,
krwistego, nastrojowego, klasycznego. Opis… No tu już gorzej, bo brzmi jak
typowa młodzieżówka, ale jeszcze jakoś można to pod ten horror podciągnąć. To,
co jednak mamy w środku to właśnie taka teensowa lektura, nic
wymagającego, a wręcz wyrugowanego intelektualnie, podanego w formie niby
nonszalanckiej, niby zabawnej, ale w ostatecznym rozrachunku, przynajmniej
mnie, nieśmieszącej.
Poznajcie Grace. Grace Van Helsing. Dziewczyna ma
siedemnaście lat na karku, ale… No właśnie, nękają ją halucynacje, a to
bynajmniej nie wszystko, co dzieje się w jej życiu i jej dotyczy. Kiedy więc
pojawia się okazja, by dziewczyna trafiła do Akademii SETH – t na zaproszenie
dziwnego znajomego – Grace zaczyna naukę, by zostać strażniczką wampira. A ten
wampir to też nie taki byle kto, bo książę i przyszły wampirzy władca. Tak zaczyna
się jej przygoda, w trackie której dziewczyna będzie musiała odkryć nie tylko
wiele prawd o wysysających krew stworzeniach, ale i sobie samej…
Jest ktoś, kto nie lubi „Draculi”? Ta klasyka
literatury nie zestarzała się ani odrobinę i wciąż stanowi wzorzec tego, jak o
wampirach pisać się powinno. problem w tym, że ja, jak fan horrorów – wielki
fan, żeby była jasność – wampirzej tematyki może nie nie lubię, ale jednak nie
znajduję w niej niczego, co by mnie porwało. Ot nie moja bajka. Tym bardziej w
wydaniu young adult, bo to od razu kojarzy się z tą tragedią, jaką była
saga „Zmierzch” i podobnymi naśladownictwami. A „Zmierzch” i cała reszta, która
na tym gruncie wyrosła, to od strony literackiej i fabularnej porażki, których
czytać nie tylko nie za bardzo się da, ale i nie powinno, bo wypaczyć mogą gust
literacki młodych czytelników. Więc kiedy zacząłem czytać „Avinion” i
zobaczyłem, że to jednak młodzieżówka i że nie na serio nawet pisana, trochę
się przeraziłem. Ale brnąłem dalej i…
No i fabularnie to mi niezbyt leżało. Nie za mądre
to (jak i sama bohaterka zresztą), nie za ciekawe, z tych fabularnych
elementów, które miały w sobie coś ciekawego, to w sumie chyba tylko te
halucynacje bohaterki miały potencjał, ale okazało się, że autor nie szafuje
nimi za bardzo i pozostawia niedosyt. Może to i lepiej, bo nie psuje tym samym efektu,
ale jednak nie zaszkodziłoby, żeby bardziej to zbalansować i zagrać tą kartą
więcej razy. Reszta to po prostu taki „Harry Potter” zmieszany ze „Zmierzchem”.
Nie tak dobrze, jak „Potter” napisany, nie tak źle, jak „Zmierzch”,
stylistycznie okazuje się być rzeczą całkiem niezła, ale dialogi czasem
szwankują, a opisy, kiedy przydałoby się ich więcej, żeby zbudować ciekawszą
atmosferę, okazują się akurat dość skąpe, choć w innych przypadkach nie czuć za
bardzo ich braku.
Efekt jest taki, że czyta się nieźle, ale czasem
brnie się przez to wszystko, przemiela ten tekst, brodzi w nim, oby szybciej,
oby dalej, aż do końca. Lekka to literatura, ale nie zawsze. Prosta, a że ta
prostota – tak widoczna w konstrukcji fabularnej, jak i kreacji wszystkich tych
mało wyrazistych postaci – rozpisana jest na ponad pół tysiąca stron, dłużyzn
nie brak (w opozycji do nich są za to fragmenty, które zostały potraktowane po
macoszemu i niemal na szybko zakończone). Ale przeczytać się da, nawet można,
jak ktoś lubi. Po ciąg dalszy jednak sięgać nie zamierzam, wolę coś, co będzie
miało jednak w sobie choć odrobinę ambicji.

Komentarze
Prześlij komentarz