Księżycowy pył – Arthur C. Clarke

A CRUISE TO REMEMBER: KSIĘŻYCOWY TITANIC

 

Najnowszy tom „Wehikułu czasu” to dla mnie – i chyba dla każdego miłośnika dobrej literatury science fiction – nie lada gratka. „Księżycowy pył” Arthura C. Clarke’a, chociaż swoją premierę miał w 1961 roku, do tej pory na polskie półki nie zawitał, a że Clarke to absolutny klasyk gatunku, pierwsze rodzime wydanie jego dość wczesnej powieści to spore wydarzenie. Bo „Księżycowy pył”, nominowany zresztą do nagrody Hugo, pojawił się zanim autor wydał „Odyseję kosmiczną 2001” i jej kontynuacje, zanim stworzył „Spotkanie z Ramą”. Ale choć mniej znany, wcale nie jest mniej warty poznania i wciąż robiący duże wrażenie.

 

Świat przyszłości, w którym ludzie podbili Księżyc. Podbili, skolonizowali, uczynili turystyczną atrakcją, która pozwala chętnym wskoczyć na pokład liniowca „Selene” i popłynąć po księżycowym morzu. Z tym, że wody tu nie ma – jest cała równina drobnego pyłu, który wodę swym zachowaniem przypomina. Świetna sprawa? Do czasu, kiedy coś może pójść nie tak…

I pewnego dnia właśnie nie tak idzie. Gdy dochodzi do trzęsienia ziemi i zapaści podziemnej jaskini, „Selene” zapada się w księżycowy pył i… Tlenu jest niewiele, kontaktu z otoczeniem brak, a chociaż na ratunek rusza im ekipa, nikt nie wie, gdzie dokładnie „zatonął” statek, który bez śladu zanurzył się w „morzu”. Czas ucieka, a sytuacja wydaje się beznadziejna. Czy pasażerowie „Selene” wyjdą cało z tarapatów, w jakich się znaleźli?

 

Jest taki odcinek „Futuramy”, w którym bohaterowie lecą w kosmos promem „Titanic” w kosmos. „A Flight to Remember” się nazywa, w odniesieniu do filmu o zagładzie prawdziwego Titanica nakręconego w 1958 roku („A Night to Remember”). „Ksieżycowy pył” z miejsca mi się z tym wszystkim skojarzył: z katatsrofą największego sttaku na swięcie, z jej filmowymi adaptacjami – no i z „Futuramą” także. Nie powiem, że to ta sama opowieść, bo nie ejst. Nie powiem, że to drugi „Upadek Tytana” Morgana Robertsona, bo tak też nie jest, jednak wszystkie je łączy to, że mamy morze, chociaż tu jest to morze pyłu, statek i katastrofę. Stałe elementy opowieści katastroficznych, których nie brakuje, a które tu zostają, bardzo dobrze zresztą, przeniesione na grunt kosmicznej fantastyki naukowej.

 

I, co ważne, w książkach Clarke’a jest tak, że równie ważne jest i to, co „science”, i to co „fiction”. A jednocześnie równie istotne, co elementy kosmicznej fantastyki, jest także to, co katastroficzne. Kto lubi przygody na obcych światach, technologie i rozpalające wyobraźnię popisy, będzie bardzo zadowolony z lektury tej powieści. Ale równie zadowolony będzie każdy z odbiorców, którzy po prostu mają ochotę na opowieść o wypadku i akcji ratunkowej rodem z kina, jakiego już za bardzo się nie uprawia, a nawet jeśli, to bez tej wdzięczności jaką miały filmy choćby z lat 80. XX wieku. jest tu dramat, są emocje, jest świetny klimat i dobra podbudowa obyczajowa oraz naukowa.

 

I, jak na klasykę przystało, rzecz jest po prostu znakomicie napisana. Prosto, ale skutecznie, lekko, ale treściwie. Nie czuć tutaj ani infantylności, ani braku ciężaru. „Księżycowy pył” to co prawda literatura rozrywkowa, ale nie obrażająca inteligencji odbiorcy ani nie zawodząc tych, którzy od książek wymagają czegoś więcej niż tylko dobrej zabawy. W skrócie: Wehikuł czasu jak zawsze nie zawodzi i oby więcej było w nim takich tytułów, jak ten, zwłaszcza tych, nad Wisłą wcześniej nie wydanych.


Recenzja opublikowana na portalu sztukater.

Komentarze