Batman: Powrót Mrocznego Rycerza – Frank Miller, Klaus Janson, Lynn Varley


MROCZNY RYCERZ POWRACA

 

Piąty luty, znacie tę datę? Tak, dobrze się domyślacie. Czterdzieści lat. Tyle minęło od premiery tej opowieści (a dokładniej jej pierwszego zeszytu - ostatni ukazał się w czerwcu) na amerykańskim rynku. I rewolucji, jakiej symbolem (razem ze „Strażnikami”) się stała. No i wróciłem do niej po latach. I staro się czuję, bo chociaż wychodziła, kiedy na świecie mnie jeszcze nie było, doskonale pamiętam, jak czytałem o niej w „Produkcie” w cyklu „Piętnaście lat minęło” (tak, tak, prezentowano tam komiksy liczące wtedy 15 wiosen…) i jak wychodziło pierwsze polskie wydanie, które pokazało nam, jak takich komiksów nie wydawać. Sama historia jednak to wciąż perełka, wciąż wielkie dzieło, wciąż najlepsze superhero, nawet jeśli tak blisko mu do antihero, jak to tylko możliwe, wciąż jedno z największych dokonań amerykańskiego komiksu. Nadal robi wrażenie. Nadal jest też aktualna, jak diabli. I wyśmienita tak fabularnie, jak i graficznie.

 

Jeszcze dekadę temu Batmana znał każdy, teraz, gdy od dziesięciu lat nie było go widać na ulicach, stał się legendą miejską, w którą mało kto z młodszych pokoleń już wierzy, a media jedynie snują domysły, co się mogło stać, że zniknął z ulic. Batmana nie ma, ale Bruce Wayne ma się dobrze. Jest już stary, zmęczony, ale żyje na krawędzi, biorąc udział choćby w niebezpiecznych wyścigach, byle zagłuszyć to, co w nim tkwi. A tkwi wiele. Coś, co przed laty kazało mu wdziać kostium i walczyć ze złem, wcale nie odeszło i coraz dopomina się o swoje. A teraz, gdy zalewane rekordowymi upałami Gotham wstrząsane jest aktami przemocy dokonywanymi m.in. przez nowy gang – Mutantów – a świat chyli się ku zagładzie, gdy napięcie między Ameryką a Rosją narasta, zmierzając ku nieuchronnej wojnie atomowej, dawny zew odzywa się z większą mocą. I w końcu Bruce mu ulega. W końcu Batman wraca na ulice, wraz z ulewą i burzą. W końcu znów słychać szelest jego peleryny i jęki pokonanych bandytów. Ale jego powrót dzieli społeczeństwo na zwolenników i przeciwników, a ci drudzy rozpętują w końcu swoistą nagonkę. Przeciw Batmanowi jest coraz więcej sił – z policją i rządem włącznie – a on sam własnych sił ma coraz mniej. Jego czyny jednak inspirują ludzi, którzy postanawiają iść w jego ślady i… Czy to może skończyć się dobrze?

 

Ile razy bym nie czytał tego komiksu, ile razy bym do niego nie wracał, wciąż mam ciarki. Pamiętam, jak kupiłem go po raz pierwszy lata temu, jeszcze w szkole, tuż przed wakacjami roku 2002. Nie był to miły czas, czekał mnie pobyt w szpitalu, obce miasto, niewesołe tematy, ale co tam zdrowie, moje nastoletnie serducho cieszyło się, bo jadąc do stolicy miałem okazję kupić właśnie między innymi ten komiks. W tamtych czasach w mojej mieścinie, jeśli jakiś komiks nie ukazywał się w dystrybucji kioskowej, był prawie nie do kupienia – prawie, bo mieliśmy coś, co dzieciaki określały mianem „podróbki empiku”, gdzie lądowały czasem inne rzeczy, ale to były głównie wydania od Mandragory, trochę z Siedmiorogu, Posta itp., a jeśli już jakimś cudem Egmont, to rzeczy europejskie („Slaine”, ale tylko jeden tom, „Skarga utraconych ziem”, „Dylan Dog”, a i to z rzadka) – raz tylko kupiłem tam „Batmana”: drugą część „Uśmiechu śmierci". Więc całą moją medyczną eskapadę postrzegałem jedynie przez pryzmat szansy na kupno komiksów, a „PMR” był moim priorytetem. No i na czytaniu go w przerwach między kolejnymi absurdalnymi scenkami z życia pacjenta w polskiej służbie zdrowia (książkę by można napisać) minął mi tamten czas. Wiem, wiem, rozgadałem się, prywata aż za mocna i te sprawy, ale to miał być post wspominkowo-recenzencki, więc sobie powspominam. I mógłbym o tym długo, mógłbym opowiedzieć, jak wracałem ostatniego popołudnia przed wyjazdem do domu, rośliny zielone, niebo błękitne, słońce przygrzewało, a ja myślałem tylko o wszystkich tych informacjach wyczytanych na temat komiksu w „Produkcie” i „Świecie komiksu”. Mógłbym wspomnieć, jak kupiłem „PMR” (i pierwszy tom kontynuacji – moje pierwsze komiksy Millera, które kupiłem, chyba, że liczyć „Świat komiksu” z fragmentami / krótkimi formami z „Sin City”) w pasażu handlowym na dworcu centralnym, w jednym z punktów wypełnionych komiksami po brzegi, a potem biegłem do tramwaju, chowając oba albumy pod koszulką, bo nadeszła burza i lunął deszcz. A potem jeszcze mógłbym wspomnieć, jak w drodze powrotnej kupiłem jeszcze pierwszy tom „Sin City” i chociaż ja w transporcie czytać nie mogę, bo kończy się to… cóż, żołądek nie trzyma tego, co trzymać powinien, nie mogłem się od cholerstwa oderwać, czytając, chociaż autobus zmienił się w karuzelę…

 

Ale wróćmy do komiksu. Na wspominki będzie jeszcze czas, bo zamierzam wracać do całej serii po kolei.

 

Chodzi jednak o to, że miałem wtedy jakieś 13 lat i nawet w tak młodym wieku, mając niezbyt zaawansowaną wiedzę z angielskiego, czułem, jak źle jest przełożone to polskie wydanie. Wiele rzeczy zgrzytało, wiele brzmiało sztucznie i kiepsko. Kreczmar, który komiks tłumaczył, jak się przekonałem po latach, porównując rzecz z oryginałem, chyba nie miał za wiele pojęcia o języku Szekspira, bo narrację pisaną w czasie teraźniejszym podał nam w czasie przeszłym (okej, są momenty gdzie się pomylił i nawet właściwie coś napisał, ale to wyjątki potwierdzające regułę), wielu rzeczy nie potrafił przełożyć, więc przełożył je jak wydawało mu się, że być powinno, a wiedzy o języku potocznym, slangu i niuansach z tym związanych nie posiadał w ogóle, więc wszystkie te elementy brzmią, jak gadka dorosłego człowieka, który próbuje mówić młodzieżową mową – żenada, niczym dowcipy wąsatego wujka na imprezie rodzinnej. On nawet tytułu nie potrafił właściwie przełożyć, bo ten powinien brzmieć „Mroczny Rycerz Powraca” (co ciekawe w kontynuacji już zrobił to właściwie – jako „Mroczny Rycerz Kontratakuje”, a nie „Kontratak Mrocznego Rycerza”). Potem Egmont zmienił przekład, chociaż jednocześnie już nie wrócił do takiej fajnej okładki, jaką miało pierwsze wydanie, a szkoda. Tym bardziej, że ta pierwsza edycja była wydana tanio – za niespełna 35 zł – ale kiepsko: jeśli się to czytało dość regularnie, a trudno było nie, klej szybko puszczał, a kartki latały luźno. A jednak nawet w tym wydaniu – bo właśnie je sobie odświeżyłem – przy całym tym translatorskim zepsuciu, komiks wciąż jest świetny.

 


Miller wspina się tu na wyżyny swoich możliwości pod płaszczykiem opowieści o Batmanie realizując o wiele ambitniejsze cele. Pierwszym z nich było postarzenie Gacka, jego ulubionego bohatera, od którego sam stawał się starszy i nie mógł się z tym pogodzić. Bo Batek zawsze miał być jego mentorem, a nie młokosem. Druga rzecz, ta ważniejsza dla czytelników, to zmienienie akcyjniaka w ciętą satyrę na czasy i media. Ogłupiająca rola telewizji, wszystkie te autorytety, które zapewniają, że będzie dobrze, że super im wyszło, a wszystko tylko pogarszają (w psychiatrze, który leczy tu m.in. Two Face’a i Jokera widać odbicie psychiatry, który rozpoczął nagonkę na komiks, jako formę sztuki deprawującą dzieci, co doprowadziło do powstania organizacji cenzurującej komiksy – i tę cenzurę Miller pomógł w zasadzie obalić), władza, o której Miller, słusznie, nie ma dobrego zdania, herosi na usługach tejże władzy, bohaterowie wyparci z życia publicznego, a tu jeszcze Ameryka lat 80., brud na ulicach, narkotyki, prostytucja, morderstwa – cała rodzina zabita dla paru dolarów – bieda, tu fanatyzm religijny, tam polityczny… I nikt tu w zasadzie nie jest dobry. Każdy, kto popiera Batka, w jego powrocie dopatruje się przede wszystkim korzyści dla siebie. Miller ukazuje tu co by było, gdyby Batman faktycznie działał w latach 80. i przywraca mu zatraconą przez dekady ostrość. Gacek w jego wykonaniu to bardziej mściciel, niż heros, terrorysta walczący ze złem, a nie pokojowo nastawiony detektyw, który wspiera policję. Nie boi się łamać kości, okaleczać, choć jednocześnie ma swój kodeks moralny.

 

Miller po mistrzowsku rozbiera tu uniwersum DC na czynniki pierwsze, zmieniając bohaterów do tej pory mniej lub bardziej ciekawie skonstruowanych, na naprawdę krwiste, żywe postacie. Selina się roztyła i została burdel mamą, Green Arrow stracił rękę i prezentuje jeszcze mocniej komunistyczne poglądy, a Superman to nadal symbol Ameryki – Ameryki jako kraju, Ameryki, jako przedstawicieli władzy, a nie prostych ludzi – i jej broni nawet w obecnym, gnijącym, wywołującym cierpienie w jej mieszkańcach kształcie, choć kiedy trzeba, potrafi też pokazać się z lepszej strony. Wydarzenia, w które wszyscy są zaangażowani, rozgrywają się zaś w szybkim, iście filmowym tempie. Sam początek, powrót Batmana, jego pierwsze akcje, mają agresywną rytmikę, podlaną niemal nieustającymi odgłosami pędzących aut, warkotu silników, huku grzmotów i szumu padającego deszczu, połączonych z krzykami ofiar i oprawców. Ba, tu nawet onomatopeje serwowane są tak dynamicznie, że wypełniają kadry, niczym linie podkreślające dynamikę – kolejna rzecz w karierze Millera podpatrzona w mangach, z których zawsze czerpał, ile mógł. Świetnie gra tu też patent z unikaniem pokazywania Gacka, dopóki nie atakuje nas na spalshpage’u w pełnej okazałości, w momencie, gdy taka sekwencja jest najbardziej potrzebna. Miller świetnie łączy tu opowieść o Batku, narrację telewizyjną (wbrew obiegowej opinii to nie on ją wynalazł, jak i nie on pierwszy nazwał Batmana Mrocznym Rycerzem, bo to określenie padło już w 1940 roku), wypowiedzi innych ludzi i wydarzenia dziejące się w tle, a mające wpływ na ogół opowieści. I jednocześnie perfekcyjnie to pokazuje za pomocą prostych rysunków, w których unika tego, co stało się potem jego cechą charakterystyczną – czerni, cieni i przerysowania – a które podkreślone są doskonałymi pastelowymi, bogatymi w detale i bardzo nastrojowymi barwami Lynn Varley.

 

Perełka. Najlepszy komiks o Batmanie, tu nie ma wątpliwości. I jedno z największych dokonań komiksu w ogóle. Dojrzałe, zaangażowane, może i patetyczne także w warstwie słownej, ale jednak i w tym ile tkwi maestrii, oferujące zarówno doskonała rozrywkę superhero, ze świetnie nakreśloną psychologią i tłem, jak i coś o wiele więcej, niż tylko ona. Dziś, czterdzieści lat po premierze, wciąż robi tak samo wielkie wrażenie, wciąż jest też aktualny i, co najważniejsze, w swoim gatunku wciąż nie ma sobie równych.

Komentarze