Sin City: Ten żółty drań – Frank Miller

ŻÓŁĆ ZALEWA

 

„Ten żółty drań”. Czyli tom, który swego czasu mógł zaskoczyć czytelników, bo po raz pierwszy – i nie ostatni – otrzymaliśmy tłumaczenie, które w końcu uwzględniało fakt, że opisy / narracja są serwowane w czasie teraźniejszym, a nie przeszłym. Co prawda sama jakość przekładu nie uległa zmianie, niemniej coś się w końcu zadziało, a my po czterech albumach dostaliśmy nieco bardziej poprawną wersję tego, jak to wszystko powinno wyglądać. Dobrze się też złożyło, bo powszechnie ta część uważana jest za najlepszą, to zresztą też pewien szczyt możliwości Millera w tej serii – wszystko jest okrzepnięte, w pełni ukształtowane, dobrze poprowadzone i najlepiej ze wszystkich odsłon narysowane – widać to już po samej okładce, też chyba najlepszej z „Miasta Grzechu”. I chociaż ten tom ma pewne naciągane elementy, przez które chce się zgrzytać zębami, zabawa jaką oferuje jest wyśmienita i potrafi podziałać na emocje.

 

John Hartigan to chyba jedyny uczciwy glina w Mieście Grzechu. Do emerytury pozostała mu godzina. Ostatni dzień, ostatnie chwile. Potem spokój, wypoczynek, brak problemów. Ale Hartigan nie dokończył jednej, jedynej sprawy - porwania jedenastoletniej Nancy Callahan. I nagle pojawia się trop, nagle John może dopaść psychopatę, który dotąd zgwałcił i zabił trzy dziewczynki i ocalić życie kolejnej. Nie waha się. Nie baczy na fakt, że zbrodniarzem jest syn senatora. Odbiera mu broń, kastruje go, masakruje i… Postrzelony, wrobiony w porwanie i gwałt na Nancy – chociaż do gwałtu nigdy nie doszło – trafia do więzienia, gdzie czeka na niego samotna cela i brak perspektyw. Jedyne, co jeszcze trzyma go tu przy życiu to list od Nancy, która ukrywając się pod pseudonimem, prowadzi z nim korespondencję. Aż pewnego dnia, osiem lat po skazaniu, kolejny list nie dociera. Niby nic takiego, niby oczywista sprawa, Nancy dorosła, może się zakochała, może zapomniała, może miała dość, może… Ale nie, coś jest nie tak. Pojawia się żółty drań, pojawiają się dowody na wielkie kłopoty Nancy, a Hartigan po raz kolejny będzie chciał pomóc dziewczynie i…

 

Miller w szczytowej formie. Tyle. Tym razem dla odmiany bohaterem nie jest bandzior szukający zemsty ani mściciel, który z prawem nie ma wiele wspólnego, ale w mieście bezprawia jest go bliżej, niż policja. Tym razem mam glinę, dobrego gościa, postępującego słusznie. Znów jednak to ten typ, który znamy: gość z zasadami, za które gotów jest oddać wszystko, życie także. Postać to jednak fajnie skrojona, w końcu jakieś światełko nadziei w tym brudzie, chociaż wiadomo, że nic dobrego z tego być nie może. Ale Hartigana się lubi, rozumie, jest nam bliski. A wydarzenia, w których bierze udział – te wydarzenia dziejące się nie tylko najwcześniej z całej serii, bo zaczynając się wiele lat przed akcją poprzednich tomów, ale i rozciągające się na najdłuższy w serii okres czasu – też są dobrze skrojone i mają świetny finał, ale…

 


No właśnie, album ma też spory minus i nie mam tu na myśli trochę naciąganego wątku z powstaniem samego żółtego drania – jakby Miller chciał zawrzeć tu nieco fantastyki – a… Okej, będzie spoiler, więc ostrzegam, kto nie chce nic sobie zdradzać, bo jakimś cudem „Drania” jeszcze nie czytał, niech przeskoczy dalej. Więc lecimy. Co to za błąd? Johna z więzienia wyciągają Roarkowie, bo chcą dopaść Nancy – ten wychodzi i bez trudu znajduje jej adres w książce telefonicznej. Potem rzecz zostaje doprecyzowana: byli ciekawi, kto przez tyle lat pisał do niego listy. To ma więcej sensu, bo niby Nancy niczym się w nich nie zdradza, ale przecież wynika z nich bardzo wiele: w jakim jest wieku chociażby. Czy przez osiem lat wiedząc, w jakim wieku jest Nancy, Roarkowie nie domyśliliby się, kto pisze te listy? Ludzie z ich wpływami bez trudu ustaliliby gdzie wysyła te listy i podpatrzyli kto to robi. I to się nie klei. Chcieli zemścić się na Johnie i Nancy? Mieli na to dużo lepszych sposobów i metod. Ja wiem, że to wszystko dla akcji, dla fabuły, ale nawet jeśli przymknąć oko, zawiesić niewiarę, no zgrzyta tu coś i to mocno. A wręcz żółć zalewa, tym bardziej, że to nie jedyna wpadka (na początku tomu John nie daje wezwać wsparcia partnerowi, a potem czeka na wsparcie i to dociera...).

 


Ale i tak dobrze się to czyta. Wyśmienicie ogląda. I wywołuje emocje. Bo Miller graficznie pokazał co potrafi. Mnóstwo czerni i bieli budujących klimat, mnóstwo przestrzeni negatywnej, zabawa światłem i cieniem, ale i bogactwo detali, podkreślone mocno jedynie odrobiną żółtego koloru nałożonego na postać Żółtego Drania. Jest pewna umowność, jest przesada, jest cartoonowość, ale jest po prostu kawał wyśmienitej roboty, gdzie widać, że Miller potrafi i co potrafi. Poza tym ja mam do tego tomu masę sentymentu. Niby do każdego go mam, ale parę darzę nim w szczególności. Bo dla mnie to taki album, na dorwanie którego czekałem długo. Raz, że wyczekiwałem od lat na wszystkie tomy serii, odkąd tylko przeczytałem pierwszy jej fragment w „Świecie komiksu”, dwa, że kiedy rzecz wychodziła po polsku, jednocześnie w tym samym numerze „Świata komiksu”, w którym zaprezentowano m.in. lutowy wówczas pakiet komiksów z tym tomem, była tam jeszcze lista „Wizarda” 100 najlepszych powieści graficznych w dziejach, a na niej „Ten żółty drań”. A że złożyło się tak, że dorwać ten tom miałem dopiero kilka miesięcy później, czekanie dłużyło się i dłużyło, a oczekiwania rosły, im mocniej rozgrzewała się wyobraźnia. I do dziś pamiętam, ile razy w sieci, na lekcjach informatyki, tamtych zimowych dni oglądałem okładkę tego tomu i grafiki znalezione w internecie.

 

Mimo wspomnianych minusów, wielki komiks – i godny Eisnera, którego zgarnął (za reprint, ale zawsze). Świetna robota, piękna sprawa. I w ogóle. Szkoda tylko, że pierwsze polskie wydanie nie miało w środku nastrojowych fajnych okładek zeszytówek. 

Komentarze