Ta historia wraca w ramach Must Have, więc i ja wracam do niej i... No i jak Warren Ellis się za coś bierze… Okej, nie
powiem, że zawsze dobrze mu to wychodzi, bo zepsuł i „Astonishing X-Men”, i nie
popisał się też w paru innych dziełach, ale i tak to gość o wielkim talencie. I
potrafi pozamiatać. Czy „Extremisem” pozamiatał? Tego bym nie powiedział,
niemniej wciąż to kawał wyśmienitej opowieści, jednej z najlepszych, jakie z
Człowiekiem z Żelaza czytałem. A przy okazji to rzecz, która mocno wpłynęła na
filmową trylogię ze Starkiem, już a najbardziej na część trzecią.
Extremis. Jeden z naukowców doprowadza do
wydostania się go z laboratorium, zanim popełnia samobójstwo. Ale czym ów
extremis jest? Co ze sobą niesie? Jedno jest pewne, nie wyniknie z tego nic dobrego,
o czym wkrótce przekona się Tony Stark, który zmaga się z problemami
osobistymi, zawodowymi i protestami przeciw jego osobie. Czy poradzi sobie z
tym, co nadciąga?
Choć akcja jest tu świetna, w odróżnieniu od filmu
opartego na tym komiksie, „Extremis” nie walkami i szybkim tempem stoi, a
postaciami. A dokładnie kreacją Tony’ego, chyba najlepszą zaraz po
Millarowskiej z jego „Ultimates”. Ellis to mistrz pisania o wykurzających,
chamskich postaciach, których nie da się lubić, a którymi zaludniał i „Transmetropolitana”,
i „Authority”, i „Planetary”. I świetnie czuł też „Hellblazera”, czołowego
antybohatera tego typu. No i Stark w jego wykonaniu to dziad, jakim być
powinien. Tego gościa się nie lubi, ma charyzmę, ma w sobie coś, jest herosem,
walczy ze złem, pokonuje badassów, ale lubić się go nie da. A jednocześnie nie
jest to postać ograniczona tylko do tych negatywnych cech, ba, to dobrze
skrojony, ludzki heros, ze swoimi wadami i zaletami, problemami. No człowiek,
po prostu człowiek.
Ale, że to komiks sueprhero, akcja też być musiała i jest. Jest widowiskowo, dużo walenia się po mordach, sporo efektywności, ale dla mnie to dalszy plan. Coś, co Ellis musiał zrobić, by sprawiedliwości stało się zadość, chociaż postarał się by i to było atrakcyjne. I atrakcyjny zrobił cały ten komiks, bo skroił go tak, że nadaje się i dla długoletnich fanów, i dla laików, którzy postaci nie znają. Niby dużo jest takich dzieł, ale on zrobił to w bardzo wdzięczny i ujmujący sposób, łączący stare i nowe. Bo ten album, rozpoczynający zresztą czwarty volume serii (i przy okazji zbierający wszystkie zeszyty, jakie Ellis napisał) to wprowadzenie starego „dobrego” Starka (i schemat jego powstania) w nowe czasy, przywracając mu zachwyt możliwościami, przestrogę przed przyszłości, fascynację techniką i lęk przed nią, a także dorzuca do tego sporo uwielbianego przez scenarzystę transhumanitaryzmu.
Wyszło świetnie także graficznie. Adi Granov nie
jest tu co prawda u szczytu swoich możliwości, lepiej wychodzą mu pojedyncze
prace, w dłuższej historii widać ograniczanie narzucone przez formę, co czasem
odczuwa się na polu spójności, nadal jednak rzecz robi wrażenie. Realizmem,
dopracowaniem, klimatem… Owszem, jest tu monotonia, jest jakaś sztuczność, ale zdarza się też coś naprawdę przyjemnego.
I mnie to kupuje. To wszystko. Takie mroczne, poważne podejście do Iron Mana i jego świata, bez głupiego humoru, jaki króluje w dzisiejszych fabułach, za to ze skupieniem się na bohaterach i pomysłach odświeżających skostniały już schemat serii. Warto.

Komentarze
Prześlij komentarz