KONIEC OSTATECZNY?
Ostatni tom „Ligii niezwykły dżentelmenów”,
czwarty, ale tak w zasadzie to szósty, to już jazda bez trzymanki i swoisty
metafikcyjny eksperyment / hołd Moore’a. I od tej strony eksperymentalnej mam
wrażenie, że obcuję tu z dziełem u podstaw podobnym do eksperymentalnych filmów
Larsa von Triera, („Dimension”, „Pięć nieczystych zagrań”), gdzie sam zamysł
jest intrygujący, a wykonanie od strony technicznej perfekcyjne, ale kwestia
owej eksperymentalności budzi pewne zastrzeżenia. W skrócie: widać przerost
formy nad treścią, ale i tak zabawa jest przednia, chociaż nieco słabsza i
przez intensywne zabawy z ową samą formą, bardziej chaotyczna niż trzy pierwsze
główne tomy. Ale i tak fajnie wieńczy opowieść.
Staw Aiszy staje się celem, jakiego nikt by
się nie spodziewał. Gdy Mina Murray i Orlando, wraz z szefową MI5, Night,
wybierają się do Afryki, by skorzystać z odmładzających właściwości miejsca,
nie wiedzą, że podąża za nimi stary, konający M, który też przekona się, że
legendy o stawie wcale nie są tylko legendami. Od tej chwili M zaczyna
realizować swój plan, który zagraża wszystkiemu co niezwykłe. Plan morderczy i ostateczny.
Ale to zaledwie początek. Nikt nie spodziewa się, co naprawdę nadciąga i jak
wielka będzie to burza…
Ten tom sprawia wrażenie, jakby schizofrenik
naćpał się LSD, a potem wybrał się do wesołego miasteczka, gdzie zaraz obok był
targ starci i pudła z komiksami, filmami i książkami – czasem zupełnie zapomnianymi,
czasem mega popularnymi. I to wszystko w narkotycznej jeździe pokręciło mu się,
poplątało i opanowało do szaleństwa jego umysł. I „Burza” jest takim właśnie szaleństwem.
Każdy zeszyt otwiera przypomnienie jakiejś zapomnianej legendy komiksu, potem
mamy główną akcję, ale ta stylizowana jest za każdym razem na nieco inne
konkretne historie czy dzieła danego wydawcy, a wieńczą to wszystko kolejne rozdziały
opowieści o Siedmiu Gwiazdach – herosach z przyszłości. I wszystko to ma swoją
własną estetykę. Przypominjaki o zmarłych artystach to tekst z humorystyczną
grafiką, komiks o Gwiazdach to czarnobiała robota. Pomiędzy jest cała masa różnorodności,
bo ekipa serwuje główną opowieść w pokręcony sposób. Tu nawet na jednej stronie
potrafi pojawić się kilka styli i estetyk. To znaczy? Jest typowy komiks, jest
graficzna historia z podpisami, są opowieści czarnobiałe i kolorowe, a tu barwy
są zarówno komputerowe, jak i tradycyjne. Jest 3D w technice anaglifów, jest foto-komiks,
są humoreski, jest poważna zabawa, jest metafikcyjna opowieść komiksowa, w
której metafikcję widać na poziomie grafik nawet i jest zabawa formą: tu nawet
orientacja grafik na stronie się zmienia z pionowej na poziomą, kiedy wchodzą
choćby paski komiksowe. No po prostu pod względem formy jest tu wszystko, co
się wcisnąć dało – w pewnym momencie mamy nawet w trumniarze przedstawienie ze sztuką
Szekspira, która znamy z wcześniejszych odsłon.
A fabularnie? Czy ma to sens? Motywację? Dotąd
miało – takie samo, choć na mniejszą skalę, szaleństwo mieliśmy w „Czarnych
aktach” i tam wszystko było uzasadniane, a tu? No tu w finale Moore idąc w
jeszcze większą metafikcję sprawia, że w teorii wszystko, co wciśnie, ma sens,
bo tak, ale już logicznego umotywowania w tym nie ma. Szkoda. Podobnie szkoda
pewnego porzucenia wątków. Niby to wielki finał i w ogóle, a Moore robi
swoistego deus ex machinę, choć nawet nie to, bo żaden wielki byt nic tu nie rozwiązuje.
Jest tu pomieszanie z poplątaniem: takie jump the shark i author's
fiat też. Nawet sam autor żartuje z tego, że powinien być kolejny zeszyt – bo
powinien. Losów wielu postaci nie znamy, akcja nie zostaje doprowadzona do końca,
chociaż dla bohaterów jest epilog. I ja wiem, całe to zapętlenie ma sens, bo
przecież w trakcie widzimy wydarzenia z przyszłości, którym Siedem Gwiazd chce
zapobiec, ale brakuje tu pewnego definitywnego domknięcia per se. Moore,
stawiając na inteligencję czytelnika i to, że ten wszystkie najdrobniejsze
detale zapamięta, trochę przedobrzył z konstrukcją samego finału. Acz w wersji
albumowej dorzucił jeszcze cztery strony, które są jak sentymentalna jazda bez
trzymanki przez tworzenie „Ligii”, pokazanie środkowego palca krytykom i czytelnikom,
którym się nie podobało i wielkie pożegnanie. W końcu Moore odszedł potem na komiksową
emeryturę i te plansze są właśnie takim jego listem pożegnalnym – także w
imieniu rysownika.
A skoro o rysowniku… Kevin odwalił tu kawał dobrej roboty, chociaż nie tak świetnej, jak na początku. Idzie w różne style, bawi się tym wszystkim, eksperymentuje, pokazuje się z różnej strony i co potrafi. umie cartoonowo, umie epicko, umie… No wiele potrafi, z rozmachem w bitwach i spokojnym, czułem momencie tańca w epilogu. Ale to określenie „kawał dobrej roboty, chociaż nie tak świetnej, jak na początku” idealnie nadaje się na podsumowanie tego tomu. „Burza” jest fajna, ale to już nie to, chociaż wraca do początków i pokazuje nam wiele dobrego (genialna zabawa konwencją, która najmocniej wybrzmiewa chyba w genezie Flash Avengera). Tak samo jest z wydaniem. Pozornie równie dobre, ale… w „Czarnych aktach” dostaliśmy okulary 3D (nie do końca kolorystycznie dobrane, ale jednak), w tym tomie, chociaż stron 3D więcej, okularów nie ma (ale za to kolorystycznie pasują te wcześniejsze – ot taki paradoks). W tłumaczeniu też więcej mi zgrzytało z tomu na tom, chociaż nie mam oryginału, więc nie porównam (ale skoro album nazywa się „Burza”, a w środku mamy np. tekst o sztormie, chociaż nie ma tam sztormu, można się zastanawiać czy zabieg celowy u Moore’a, czy może tak wyszło w przekładzie). Ale nie żałuję ani chwili spędzonej z tą serią. Wypełniona smaczkami, odniesieniami i zabawą, podszyta satyrą i komentarzem społecznym, okazała się rozrywką może nie dla każdego, ale godną przez każdego spróbowania i przekonania się. Jeszcze do niej wrócę, bo z każdym czytaniem, im więcej człowiek poobcuje z klasyką i popkulturą, znajduje tu coś nowego.




Komentarze
Prześlij komentarz