Liga Niezwykłych Dżentelmenów, tom 4: Burza – Alan Moore, Kevin O'Neill

KONIEC OSTATECZNY?

 

Ostatni tom „Ligii niezwykły dżentelmenów”, czwarty, ale tak w zasadzie to szósty, to już jazda bez trzymanki i swoisty metafikcyjny eksperyment / hołd Moore’a. I od tej strony eksperymentalnej mam wrażenie, że obcuję tu z dziełem u podstaw podobnym do eksperymentalnych filmów Larsa von Triera, („Dimension”, „Pięć nieczystych zagrań”), gdzie sam zamysł jest intrygujący, a wykonanie od strony technicznej perfekcyjne, ale kwestia owej eksperymentalności budzi pewne zastrzeżenia. W skrócie: widać przerost formy nad treścią, ale i tak zabawa jest przednia, chociaż nieco słabsza i przez intensywne zabawy z ową samą formą, bardziej chaotyczna niż trzy pierwsze główne tomy. Ale i tak fajnie wieńczy opowieść.

 

Staw Aiszy staje się celem, jakiego nikt by się nie spodziewał. Gdy Mina Murray i Orlando, wraz z szefową MI5, Night, wybierają się do Afryki, by skorzystać z odmładzających właściwości miejsca, nie wiedzą, że podąża za nimi stary, konający M, który też przekona się, że legendy o stawie wcale nie są tylko legendami. Od tej chwili M zaczyna realizować swój plan, który zagraża wszystkiemu co niezwykłe. Plan morderczy i ostateczny. Ale to zaledwie początek. Nikt nie spodziewa się, co naprawdę nadciąga i jak wielka będzie to burza…

 

Ten tom sprawia wrażenie, jakby schizofrenik naćpał się LSD, a potem wybrał się do wesołego miasteczka, gdzie zaraz obok był targ starci i pudła z komiksami, filmami i książkami – czasem zupełnie zapomnianymi, czasem mega popularnymi. I to wszystko w narkotycznej jeździe pokręciło mu się, poplątało i opanowało do szaleństwa jego umysł. I „Burza” jest takim właśnie szaleństwem. Każdy zeszyt otwiera przypomnienie jakiejś zapomnianej legendy komiksu, potem mamy główną akcję, ale ta stylizowana jest za każdym razem na nieco inne konkretne historie czy dzieła danego wydawcy, a wieńczą to wszystko kolejne rozdziały opowieści o Siedmiu Gwiazdach – herosach z przyszłości. I wszystko to ma swoją własną estetykę. Przypominjaki o zmarłych artystach to tekst z humorystyczną grafiką, komiks o Gwiazdach to czarnobiała robota. Pomiędzy jest cała masa różnorodności, bo ekipa serwuje główną opowieść w pokręcony sposób. Tu nawet na jednej stronie potrafi pojawić się kilka styli i estetyk. To znaczy? Jest typowy komiks, jest graficzna historia z podpisami, są opowieści czarnobiałe i kolorowe, a tu barwy są zarówno komputerowe, jak i tradycyjne. Jest 3D w technice anaglifów, jest foto-komiks, są humoreski, jest poważna zabawa, jest metafikcyjna opowieść komiksowa, w której metafikcję widać na poziomie grafik nawet i jest zabawa formą: tu nawet orientacja grafik na stronie się zmienia z pionowej na poziomą, kiedy wchodzą choćby paski komiksowe. No po prostu pod względem formy jest tu wszystko, co się wcisnąć dało – w pewnym momencie mamy nawet w trumniarze przedstawienie ze sztuką Szekspira, która znamy z wcześniejszych odsłon.

 


A fabularnie? Czy ma to sens? Motywację? Dotąd miało – takie samo, choć na mniejszą skalę, szaleństwo mieliśmy w „Czarnych aktach” i tam wszystko było uzasadniane, a tu? No tu w finale Moore idąc w jeszcze większą metafikcję sprawia, że w teorii wszystko, co wciśnie, ma sens, bo tak, ale już logicznego umotywowania w tym nie ma. Szkoda. Podobnie szkoda pewnego porzucenia wątków. Niby to wielki finał i w ogóle, a Moore robi swoistego deus ex machinę, choć nawet nie to, bo żaden wielki byt nic tu nie rozwiązuje. Jest tu pomieszanie z poplątaniem: takie jump the shark i author's fiat też. Nawet sam autor żartuje z tego, że powinien być kolejny zeszyt – bo powinien. Losów wielu postaci nie znamy, akcja nie zostaje doprowadzona do końca, chociaż dla bohaterów jest epilog. I ja wiem, całe to zapętlenie ma sens, bo przecież w trakcie widzimy wydarzenia z przyszłości, którym Siedem Gwiazd chce zapobiec, ale brakuje tu pewnego definitywnego domknięcia per se. Moore, stawiając na inteligencję czytelnika i to, że ten wszystkie najdrobniejsze detale zapamięta, trochę przedobrzył z konstrukcją samego finału. Acz w wersji albumowej dorzucił jeszcze cztery strony, które są jak sentymentalna jazda bez trzymanki przez tworzenie „Ligii”, pokazanie środkowego palca krytykom i czytelnikom, którym się nie podobało i wielkie pożegnanie. W końcu Moore odszedł potem na komiksową emeryturę i te plansze są właśnie takim jego listem pożegnalnym – także w imieniu rysownika.

 


A skoro o rysowniku… Kevin odwalił tu kawał dobrej roboty, chociaż nie tak świetnej, jak na początku. Idzie w różne style, bawi się tym wszystkim, eksperymentuje, pokazuje się z różnej strony i co potrafi. umie cartoonowo, umie epicko, umie… No wiele potrafi, z rozmachem w bitwach i spokojnym, czułem momencie tańca w epilogu. Ale to określenie „kawał dobrej roboty, chociaż nie tak świetnej, jak na początku” idealnie nadaje się na podsumowanie tego tomu. „Burza” jest fajna, ale to już nie to, chociaż wraca do początków i pokazuje nam wiele dobrego (genialna zabawa konwencją, która najmocniej wybrzmiewa chyba w genezie Flash Avengera). Tak samo jest z wydaniem. Pozornie równie dobre, ale… w „Czarnych aktach” dostaliśmy okulary 3D (nie do końca kolorystycznie dobrane, ale jednak), w tym tomie, chociaż stron 3D więcej, okularów nie ma (ale za to kolorystycznie pasują te wcześniejsze – ot taki paradoks). W tłumaczeniu też więcej mi zgrzytało z tomu na tom, chociaż nie mam oryginału, więc nie porównam (ale skoro album nazywa się „Burza”, a w środku mamy np. tekst o sztormie, chociaż nie ma tam sztormu, można się zastanawiać czy zabieg celowy u Moore’a, czy może tak wyszło w przekładzie). Ale nie żałuję ani chwili spędzonej z tą serią. Wypełniona smaczkami, odniesieniami i zabawą, podszyta satyrą i komentarzem społecznym, okazała się rozrywką może nie dla każdego, ale godną przez każdego spróbowania i przekonania się. Jeszcze do niej wrócę, bo z każdym czytaniem, im więcej człowiek poobcuje z klasyką i popkulturą, znajduje tu coś nowego.

Komentarze