OSTATNI
GRZECH
Siódmy tom „Sin City” to nie tylko pożegnanie z
serią, ale też i najdłuższa opowieść z Miasta Grzechu. Jednocześnie to także
tom, który najbardziej podkreśla to, o czym cykl ten właściwie traktuje –
miłość. Już na okładce mamy informację, że to Love Story z Miasta Grzechu
i w moich nastoletnich latach, kiedy po raz pierwszy dorwałem ten album,
budziło to wielkie nadzieje. Bo ja romantyk jestem, uwielbiałem historie o
miłości – nie romansidła, a historie o miłości, nie mylcie jednego z drugim –
odkąd tylko pamiętam, a że komiksy Millera darzyłem – i darzę – szczególnym
uwielbieniem… No i całość nie okazała się jakoś bardziej romantyczna od innych
tomów, choć fakt, ma więcej typowych dla gatunku elementów. Ale zadowoliła
mnie, usatysfakcjonowała, dała masę frajdy. I jeszcze dorzuciła do tego bardzo
fajny akcent w postaci paru kolorowych stron, które jednocześnie są narkotyczną
wizją splatającą większość komiksów, do których Miller przyłożył rękę. Super,
nawet jeśli graficznie Franek bywa tu już w gorszej formie, bo miewa tak
świetne panele, że nadal jest tu na co popatrzeć i czym się pozachwycać.
Wallace to bohater wojenny, który obecnie ledwie
wiąże koniec z końcem zarabiając na swym talencie artystycznym. Pewnej nocy
przypadkiem ratuje Esther, czarnoskórą niespełnioną aktorkę, która usiłuje
popełnić samobójstwo. Czas spędzają na rozmowie i Wallace szybko zakochuje się
w Esther, ale nagle dziewczyna zostaje porwana przez ludzi Pułkownika.
Dlaczego? To pytanie nurtuje Wallace'a, ale istotniejszy jest fakt uratowania
ukochanej z rąk mafii. Tak zaczyna się kolejna wendetta w Mieście Grzechu...
„Do piekła i z powrotem”. Siódmy tom „Sin City” i
szósta długa historia. A jednocześnie to powrót do przeszłości, bo akcja tej
części dzieje się przed „Krwawą jatką” (i zarazem po wszystkich tych historiach
z Niebieskooką z „Girlsy, gorzała i giwery”). Jednocześnie to taki tom, z
którym nie mam żadnych konkretnych wspomnień. Nie pamiętam gdzie, kiedy i w
jakich okolicznościach go kupiłem – czy kupowałem w fizycznym sklepie, czy
zamawiałem. Jakoś tak się złożyło, że nie były to okoliczności, które zapadłyby
mi w pamięć. Co do pozostałych tomów pamiętam, co, jak i gdzie, nawet jeśli nie
zawsze były to sytuacje warte wspomnienia jak te przy pierwszym czy czwartym
tomie, a tu jakoś nie mam o czym napisać. Więc przeskoczmy do albumu.
Jak pisałem, „Do piekła i z powrotem” to największy
objętościowo ze wszystkich dotychczasowych (prawie 300 stron), a jednocześnie
to też nie najlepsza część serii, wiadomo. Jest jednak lepiej, niż w „Wartościach
rodzinnych”, widać tu większy rozmach, więcej jest postaci i przy okazji Miller
łączy w tym wszystkim różne postacie i elementy, fabularnie serwując nam w
zasadzie to, co zwykle: znakomitą historię o miłości, zemście i sprawiedliwości
wbrew prawu. Jest seks, jest przemoc, jest klimat, jest noir, jest thriller, są
też fajnie nakreślone postacie i pewna zagadka też jest. no i są zmiany, bo w
końcu mamy nieco „Sin City” w kolorze, co prawda w narkotycznej sekwencji, ale
jednak dostajemy kilkanaście stron z wyśmienitymi barwami Lynn Varley (ówczesnej
żony Millera) i są to z pewnością najlepiej stworzone strony w całym tomie, bo
Miller w tej części zaczyna już iść w stronę pewnego niechlujstwa i im bliżej
końca tym rysunki są coraz gorsze (choć w samym finale jest na powrót lepiej).
Tak czy inaczej, „Do piekła i z powrotem” ani przez moment nie nudzi i nie rozczarowuje i stanowi dobre i godne podsumowanie serii i to nie tylko. To też podsumowanie i zakończenie pewnego okresu twórczości Millera – najlepszego, kiedy jeszcze mu się chciało, kiedy nie szedł w absurd i nie rysował karykaturalnie wykrzywionych postaci. I kiedy jeszcze rysować i pisać potrafił. W zwidach bohatera wywołanych narkotykami Miller stawia kropkę nad „i” swojej kariery i bawi się z czytenlnikami, bo spotykamy tu m.in. Elektrę, Marthę Washington, roboty z „RoboCopa" (w końcu Miller był scenarzystą 2 i 3 części filmu), Big Guya i Rustyego czy Samotnego Wilka (z mangi, do której amerykańskiego wydania Miller odbił okładki). Poza tym jest w tym wszystkim sporo popkulturowych nawiązań (Rambo, Brudny Harry, Zorro – czyżby kłaniał się Batman?), a w całym albumie także, oczywiście, masę nawiązań do poprzednich tomów – wracają postacie i wątki i kto czuł niedosyt wiedzy o niektórych bohaterach, dowie się więcej. Ale czy wszystko? „Sin City” zawsze stało pewnymi niedomówieniami i to się nie zmieniło. I dobrze.
I choć może nie jest to najlepszy tom - za to z jednej strony najbardziej epicki, z akcją ukazaną z największym rozmachem i jednocześnie najbardziej wtórny, bo całość mocno przypomina „Damulkę wartą grzechu” (a gdy się to czyta, jakby czytało się komiksową wersję „I'd Do Anything For Love (But I Won't Do That)”) - a rysunkowo najsłabszy (niestety, ale Miller ciąży już do karykatur w stylu „DK2”, choć jeszcze daleko mu do nich), to komiks jest zwyczajnie znakomity. Dopełnia i dopowiada wiele rzeczy i kończy się tak, jak powinna kończyć się ta opowieść – definitywnie, ale i z uchyloną furtką, którą można otworzyć i pójść dalej, gdyby się chciało. I niby od lat się mówi, że będzie dalej, ćwierć wieku od wydania „Do piekła i z powrotem” minęło i nadal nic nowego się nie pojawiło. Może to i dobrze?



Komentarze
Prześlij komentarz