Sin City: Do piekła i z powrotem – Frank Miller

OSTATNI GRZECH

 

Siódmy tom „Sin City” to nie tylko pożegnanie z serią, ale też i najdłuższa opowieść z Miasta Grzechu. Jednocześnie to także tom, który najbardziej podkreśla to, o czym cykl ten właściwie traktuje – miłość. Już na okładce mamy informację, że to Love Story z Miasta Grzechu i w moich nastoletnich latach, kiedy po raz pierwszy dorwałem ten album, budziło to wielkie nadzieje. Bo ja romantyk jestem, uwielbiałem historie o miłości – nie romansidła, a historie o miłości, nie mylcie jednego z drugim – odkąd tylko pamiętam, a że komiksy Millera darzyłem – i darzę – szczególnym uwielbieniem… No i całość nie okazała się jakoś bardziej romantyczna od innych tomów, choć fakt, ma więcej typowych dla gatunku elementów. Ale zadowoliła mnie, usatysfakcjonowała, dała masę frajdy. I jeszcze dorzuciła do tego bardzo fajny akcent w postaci paru kolorowych stron, które jednocześnie są narkotyczną wizją splatającą większość komiksów, do których Miller przyłożył rękę. Super, nawet jeśli graficznie Franek bywa tu już w gorszej formie, bo miewa tak świetne panele, że nadal jest tu na co popatrzeć i czym się pozachwycać.

 

Wallace to bohater wojenny, który obecnie ledwie wiąże koniec z końcem zarabiając na swym talencie artystycznym. Pewnej nocy przypadkiem ratuje Esther, czarnoskórą niespełnioną aktorkę, która usiłuje popełnić samobójstwo. Czas spędzają na rozmowie i Wallace szybko zakochuje się w Esther, ale nagle dziewczyna zostaje porwana przez ludzi Pułkownika. Dlaczego? To pytanie nurtuje Wallace'a, ale istotniejszy jest fakt uratowania ukochanej z rąk mafii. Tak zaczyna się kolejna wendetta w Mieście Grzechu...

 

„Do piekła i z powrotem”. Siódmy tom „Sin City” i szósta długa historia. A jednocześnie to powrót do przeszłości, bo akcja tej części dzieje się przed „Krwawą jatką” (i zarazem po wszystkich tych historiach z Niebieskooką z „Girlsy, gorzała i giwery”). Jednocześnie to taki tom, z którym nie mam żadnych konkretnych wspomnień. Nie pamiętam gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach go kupiłem – czy kupowałem w fizycznym sklepie, czy zamawiałem. Jakoś tak się złożyło, że nie były to okoliczności, które zapadłyby mi w pamięć. Co do pozostałych tomów pamiętam, co, jak i gdzie, nawet jeśli nie zawsze były to sytuacje warte wspomnienia jak te przy pierwszym czy czwartym tomie, a tu jakoś nie mam o czym napisać. Więc przeskoczmy do albumu.

 

Jak pisałem, „Do piekła i z powrotem” to największy objętościowo ze wszystkich dotychczasowych (prawie 300 stron), a jednocześnie to też nie najlepsza część serii, wiadomo. Jest jednak lepiej, niż w „Wartościach rodzinnych”, widać tu większy rozmach, więcej jest postaci i przy okazji Miller łączy w tym wszystkim różne postacie i elementy, fabularnie serwując nam w zasadzie to, co zwykle: znakomitą historię o miłości, zemście i sprawiedliwości wbrew prawu. Jest seks, jest przemoc, jest klimat, jest noir, jest thriller, są też fajnie nakreślone postacie i pewna zagadka też jest. no i są zmiany, bo w końcu mamy nieco „Sin City” w kolorze, co prawda w narkotycznej sekwencji, ale jednak dostajemy kilkanaście stron z wyśmienitymi barwami Lynn Varley (ówczesnej żony Millera) i są to z pewnością najlepiej stworzone strony w całym tomie, bo Miller w tej części zaczyna już iść w stronę pewnego niechlujstwa i im bliżej końca tym rysunki są coraz gorsze (choć w samym finale jest na powrót lepiej).

 


Tak czy inaczej, „Do piekła i z powrotem” ani przez moment nie nudzi i nie rozczarowuje i stanowi dobre i godne podsumowanie serii i to nie tylko. To też podsumowanie i zakończenie pewnego okresu twórczości Millera – najlepszego, kiedy jeszcze mu się chciało, kiedy nie szedł w absurd i nie rysował karykaturalnie wykrzywionych postaci. I kiedy jeszcze rysować i pisać potrafił. W zwidach bohatera wywołanych narkotykami Miller stawia kropkę nad „i” swojej kariery i bawi się z czytenlnikami, bo spotykamy tu m.in. Elektrę, Marthę Washington, roboty z RoboCopa" (w końcu Miller był scenarzystą 2 i 3 części filmu), Big Guya i Rustyego czy Samotnego Wilka (z mangi, do której amerykańskiego wydania Miller odbił okładki). Poza tym jest w tym wszystkim sporo popkulturowych nawiązań (Rambo, Brudny Harry, Zorro – czyżby kłaniał się Batman?), a w całym albumie także, oczywiście, masę nawiązań do poprzednich tomów – wracają postacie i wątki i kto czuł niedosyt wiedzy o niektórych bohaterach, dowie się więcej. Ale czy wszystko? „Sin City” zawsze stało pewnymi niedomówieniami i to się nie zmieniło. I dobrze.

 

I choć może nie jest to najlepszy tom - za to z jednej strony najbardziej epicki, z akcją ukazaną  z największym rozmachem i jednocześnie najbardziej wtórny, bo całość mocno przypomina „Damulkę wartą grzechu (a gdy się to czyta, jakby czytało się komiksową wersję I'd Do Anything For Love (But I Won't Do That)”) a rysunkowo najsłabszy (niestety, ale Miller ciąży już do karykatur w stylu „DK2”, choć jeszcze daleko mu do nich), to komiks jest zwyczajnie znakomity. Dopełnia i dopowiada wiele rzeczy i kończy się tak, jak powinna kończyć się ta opowieść – definitywnie, ale i z uchyloną furtką, którą można otworzyć i pójść dalej, gdyby się chciało.  I niby od lat się mówi, że będzie dalej, ćwierć wieku od wydania „Do piekła i z powrotem” minęło i nadal nic nowego się nie pojawiło. Może to i dobrze?

Komentarze