MIŁOŚĆ I
ZEMSTA
„Sin City: Rodzinne wartości”, czyli tom nieco inny
od poprzednich. Bo wszystkie dotychczasowe tomy serii to były albo miniserie,
albo opowieści serializowane w magazynie, tymczasem ta odsłona to nic innego,
jak pierwsza – i jedyna – powieść graficzna. Poza tym to też pewien spadek
formy, słabsza fabuła, słabsze rysunki… Nadal jest dobrze, nadal bardzo
przyjemnie wchodzi i jest nastrojowo. Ale już czegoś brakuje, już nie jest to
tak błyskotliwe i świetnie wykonane. Mimo to absolutnie warto, nadal jest to
rzecz w swoim gatunku wyśmienita, dostarczająca dobrej, mocnej i dojrzałej
rozrywki dla fanów czarnych kryminałów. Zresztą rzecz zgarnęła Harvey Award za
najlepszy album oryginalny, a to też o czymś świadczy.
Bruno był kiedyś cynglem, potem politykiem, a teraz
nie żyje. Wszystko przez to, że przypadkiem zabił bratanicę szefa mafii. Jego
historii słucha Dwight i ma ku temu pewien cel. Ma misję do wykonania, a
dostanie się w łapy gangsterów to jeden z jej celów…
To seria wspominkowych recenzji, więc wspominam. A
z „Rodzinnymi wartościami” wspomnienie mam jedno, ale konkretne. Zimowe
popołudnie, powrót ze szkoły do domu. Niby standard. Trochę śniegu, więcej
deszczu, zimno, mokro, szaro. Klimat, jaki lubię. Wracam, a tu po długim
oczekiwaniu leżą dwie paczki do mnie. Oczekiwanie długie, bo to, jak działa
poczta w moim mieście – a wiele się nie zmieniło (ostatnio, jak coś za jej
pomocą zamawiałem, a był to tom „Superman na wszystkie pory roku” z Hachette,
tylko przypadkiem udało mi się go dostać, gdy odbierałem na poczcie list
polecony i okazało się, że paczka leży już długo, czeka, ale nikt jej nie
dostarczył, awizo nie wrzucił, wiadomości żadnej nie było i w zasadzie jeszcze
dzień czy dwa i wróciłaby do nadawcy) – to zawsze był żart. W tamtych czasach
jeśli nie zajrzałem co raz do placówki i nie spytałem, czy czegoś nie ma,
listonosz najczęściej nie raczył prawie niczego przynieść, bywało, że w
placówce czekały paczki oznaczane krótkim „nie zastałem”, chociaż data rzekomego
nie zastania pokrywała się idealnie z tą, kiedy to cały dzień nie ruszałem się
z domu, bywało, że kontaktowałem się z nadawcami, bo termin gwarantowanej
dostawy minął, a potem, po kolejnych tygodniach oczekiwania dostać nagle i
zapomniane zamówienie, i wysłane ponownie też i znów regulować całą sprawę z
nadawcą… Dużo tego było. A tu nagle wracam do domu i dwie paczuszki. „Rodzinne
wartości” i artbook „Your Eyes Only”. No morda mi się cieszyła, serducho też i
jak widzę teraz ten album, od razu przypomina mi się tamto popołudnie, szarówka
za oknami, zimno na zewnątrz, ale gorące emocje.
Ale sam album okazał się dość letni i wtedy, i po
latach, i teraz też. Dobra rzecz, fajna zabawa, miłe wykorzystanie motywu
ukazywania wydarzeń z kilku perspektyw i całkiem udane mylenie tropów,
pokazujące nam, że nie to, co na pierwszy rzut oka wyglądało, jest w tej
historii naprawdę ważne. Przy okazji mamy tu to, co ja zawsze w „Sin City”
uwielbiałem najbardziej, czyli love story. Ja wiem, że to jest w każdym tomie, że
„Do piekła i z powrotem” ma to nawet wyłuszczone na okładce, ale i tak zawsze
to doceniam. Bo ja nie z tych, co lubią sensację, samczych bohaterów i w ogóle.
Wolę właśnie coś z emocjami, uczuciami, lubię jak życiowo i fajnie, acz nieco
szkoda, że temat jest tu bardziej liźnięty, niż stanowi fabularne sedno. Ale i
tak jest dobrze. Graficznie też. Tu też jest słabiej, niż poprzednio, są tu
momenty niechlujne, ale jednocześnie nadal jest mega nastrojowo, świetny
klimat, dobra dynamika i sporo brudu. I chociaż to tylko poziom podobny do
„Krwawej jatki”, nadal jest znakomicie. Nadal pod każdym względem warto. I
nadal, mimo lat, ma to w sobie sporo świeżości.



Komentarze
Prześlij komentarz