Sin City: Rodzinne wartości – Frank Miller

MIŁOŚĆ I ZEMSTA


„Sin City: Rodzinne wartości”, czyli tom nieco inny od poprzednich. Bo wszystkie dotychczasowe tomy serii to były albo miniserie, albo opowieści serializowane w magazynie, tymczasem ta odsłona to nic innego, jak pierwsza – i jedyna – powieść graficzna. Poza tym to też pewien spadek formy, słabsza fabuła, słabsze rysunki… Nadal jest dobrze, nadal bardzo przyjemnie wchodzi i jest nastrojowo. Ale już czegoś brakuje, już nie jest to tak błyskotliwe i świetnie wykonane. Mimo to absolutnie warto, nadal jest to rzecz w swoim gatunku wyśmienita, dostarczająca dobrej, mocnej i dojrzałej rozrywki dla fanów czarnych kryminałów. Zresztą rzecz zgarnęła Harvey Award za najlepszy album oryginalny, a to też o czymś świadczy.

 

Bruno był kiedyś cynglem, potem politykiem, a teraz nie żyje. Wszystko przez to, że przypadkiem zabił bratanicę szefa mafii. Jego historii słucha Dwight i ma ku temu pewien cel. Ma misję do wykonania, a dostanie się w łapy gangsterów to jeden z jej celów…

 

To seria wspominkowych recenzji, więc wspominam. A z „Rodzinnymi wartościami” wspomnienie mam jedno, ale konkretne. Zimowe popołudnie, powrót ze szkoły do domu. Niby standard. Trochę śniegu, więcej deszczu, zimno, mokro, szaro. Klimat, jaki lubię. Wracam, a tu po długim oczekiwaniu leżą dwie paczki do mnie. Oczekiwanie długie, bo to, jak działa poczta w moim mieście – a wiele się nie zmieniło (ostatnio, jak coś za jej pomocą zamawiałem, a był to tom „Superman na wszystkie pory roku” z Hachette, tylko przypadkiem udało mi się go dostać, gdy odbierałem na poczcie list polecony i okazało się, że paczka leży już długo, czeka, ale nikt jej nie dostarczył, awizo nie wrzucił, wiadomości żadnej nie było i w zasadzie jeszcze dzień czy dwa i wróciłaby do nadawcy) – to zawsze był żart. W tamtych czasach jeśli nie zajrzałem co raz do placówki i nie spytałem, czy czegoś nie ma, listonosz najczęściej nie raczył prawie niczego przynieść, bywało, że w placówce czekały paczki oznaczane krótkim „nie zastałem”, chociaż data rzekomego nie zastania pokrywała się idealnie z tą, kiedy to cały dzień nie ruszałem się z domu, bywało, że kontaktowałem się z nadawcami, bo termin gwarantowanej dostawy minął, a potem, po kolejnych tygodniach oczekiwania dostać nagle i zapomniane zamówienie, i wysłane ponownie też i znów regulować całą sprawę z nadawcą… Dużo tego było. A tu nagle wracam do domu i dwie paczuszki. „Rodzinne wartości” i artbook „Your Eyes Only”. No morda mi się cieszyła, serducho też i jak widzę teraz ten album, od razu przypomina mi się tamto popołudnie, szarówka za oknami, zimno na zewnątrz, ale gorące emocje.

 


Ale sam album okazał się dość letni i wtedy, i po latach, i teraz też. Dobra rzecz, fajna zabawa, miłe wykorzystanie motywu ukazywania wydarzeń z kilku perspektyw i całkiem udane mylenie tropów, pokazujące nam, że nie to, co na pierwszy rzut oka wyglądało, jest w tej historii naprawdę ważne. Przy okazji mamy tu to, co ja zawsze w „Sin City” uwielbiałem najbardziej, czyli love story. Ja wiem, że to jest w każdym tomie, że „Do piekła i z powrotem” ma to nawet wyłuszczone na okładce, ale i tak zawsze to doceniam. Bo ja nie z tych, co lubią sensację, samczych bohaterów i w ogóle. Wolę właśnie coś z emocjami, uczuciami, lubię jak życiowo i fajnie, acz nieco szkoda, że temat jest tu bardziej liźnięty, niż stanowi fabularne sedno. Ale i tak jest dobrze. Graficznie też. Tu też jest słabiej, niż poprzednio, są tu momenty niechlujne, ale jednocześnie nadal jest mega nastrojowo, świetny klimat, dobra dynamika i sporo brudu. I chociaż to tylko poziom podobny do „Krwawej jatki”, nadal jest znakomicie. Nadal pod każdym względem warto. I nadal, mimo lat, ma to w sobie sporo świeżości.

Komentarze