SZCZURY I LUDZIE (NO I KOT)
Ta książka to dość niezwykła część „Świata
Dysku”. No bo tak: jest to pierwsza część serii, która skierowana jest do
młodszego czytelnika – to raz. Dwa – jeśli zajrzycie do środka, jak nigdy,
zobaczycie podział na rozdziały, na dodatek poprzedzone fikcyjnymi cytatami, a
w tekście znajdziecie nawet kilka ilustracji zrobionych m.in. przez jedną z
bohaterek opowieści. Ale na tym nie koniec, bo to też pierwszy tom, którego nie
tłumaczył Piotr W. Cholewa (potem wyszedł jednak jego przekład), a na dodatek
to jedyny tom, który w naszym kraju ukazał się pod… trzema różnymi tytułami. No
i abstrahując od tego wszystkiego, charakter całości jest inny, niż typowych
odsłon „Dysku”, ale… Tak, nadal to bardzo fajna książka. I tak, czyta się
przyjemnie, chociaż inaczej. I może robi mniejsze wrażenie, ale nadal ma swój
urok i dodaje czegoś nowego do długiej serii. A dla mnie to było, jak całkiem
smakowity miks „Ratatuja” i „Świata Dysku”, a że oba lubię, dobrze się bawiłem.
Coś się stało i zwierzęta, przynajmniej niektóre,
potrafią mówić. Zdolność tę u szczurów jeszcze da się wyjaśnić – w końcu żywiły
się odpadkami z Niewidocznego Uniwersytetu, a te przesycone były magią, ale
skąd ona u kota Maurycego? I czy to takie ważne?
Ważniejsze jest bowiem zarabianie. Maurycy z
pomocą chłopaka, który potrafi grać na flecie i szczurów organizuje biznes. Chodzą
od miasta do miasta, udają epidemię szczurów, a potem wyzwalają z gryzoni za
odpowiednią opłatą. Wszystko idzie dobrze, przynajmniej do czasu, kiedy
trafiają do Blintzowych Łaźni, gdzie faktycznie panuje epidemia, a ludzie nie
mają, co jeść. Tu nasza ekipa spotyka pewną bardzo cwaną dziewczynkę i… wielki sekret
tego, co właściwie się dzieje…
Z tymi zawiłościami polskiego wydania to było
tak. Nie wiem w sumie czemu Piotr W. Cholewa nie dostał od razu tego tomu do
przekładu, ale był rok 2004 i powieść (jak potem także „Wolni Ciut Ludzie” i
„Kapelusz pełen nieba”) trafiła w ręce Doroty Malinowskiej-Grupińskiej, która
tytuł przełożyła jako „Zadziwiający Maurycy i jego uczone szczury”. Siedem lat
fani czekali na tłumaczenie Cholewy, który przywrócił tytułowi wierniejsze
brzmienie, ale potem w roku 2023, po premierze filmu na jej podstawie,
wznowiono ją nie tylko z filmową okładką, ale i z nieszczęsnym filmowym tytułem
– „Zadziwiający kot Maurycy”. I tak to właśnie z tymi tytułami było. Niby trzy
podobne, a jednak inne. No a sama książka?
Jak wiadomo, to wariacja na temat „Flecisty z
Hameln”, pożeniona z „Piotrusiem Królikiem”, pod pewnymi względami fabularnie
dość wtórna – główny motyw jest mocno wyeksponowany, a całość zapełniona
została pomysłami z innych książek Pratchetta (np. Maurycy to takie połączenie
Greebo z Gaspodem) i nawiązaniami do baśni i klasyki, które są mniej finezyjne
niż zazwyczaj. Jednocześnie rzecz ma swój urok (nie przypadkiem Pratchett
zgarnął za nią Carnegie Medal) i
naprawdę dobrze się czyta. Jak większości książek autora, tak i tej, siłą nie
jest oryginalność, a zabawa motywami i pisarstwo. Cynizm, wplecione w opowieść
żarty dla dorosłych (plus fajny żart tłumacza, gdy szczury wolą by nazywano je „edukowanym
gryzoniami” a nie „uczonymi szczurami”), aluzje i satyra sprawiają, że typowa opowieść
zyskuje nie tylko drugie dno, ale i jakość.
Nie jest to powieść, która najbardziej by mnie z całej serii ciekawiła czy pociągała. Nie jest to też najlepsza historia, jaką napisał Pratchett – nawet patrząc tylko na historie dla dzieci. Ale z drugiej strony ile w tym uroku, ile frajdy i… Postać Malicii jest świetnie skrojona, Maurycy też daje radę, szczury to całkiem fajna ferajna, a Keith jest nijaki, ale w ten udany sposób, który coś w sobie ma. A że całość ma dość klasyczną akcję (klasyczne jest tu też podejście do baśni - czyli jest dość mrocznie i nie brakuje śmierci, dozy brutalności, większej nawet niż w zwyczajnych tomach serii, czy emocji) i niemal filmowy sznyt, nie dziwię się, że została zekranizowana. Jak wypada film? Nie wiem, po zwiastunach jednak nie robię sobie większych nadziei, że chociaż trochę dorówna opowieści. Ale za to książkę poznać warto.

Komentarze
Prześlij komentarz